RSS
 

Notki z tagiem ‘gospodarka’

Dobrodziej Donald Tusk

26 lut

Koniec świata nastąpić miał w grudniu 2012 roku. Tymczasem media straszą Polaków kolejnym rokiem – 2013 – jako najgorszym dla gospodarki mocarstwa Zielonej Wyspy. Co chwila mówi się o kolejnych firmach zwalniających (lub planujących zwolnienia) duże rzesze pracowników, nieustannie przekazywane są informacje o zahamowaniu rozwoju, pogorszeniu sytuacji finansowej polskich rodzin

…a może to tylko straszak, który ma odwrócić uwagę od innego olbrzymiego problemu, jaki przyprawił swoim obywatelom Rząd Polski? Bo patrząc na statystyki długu publicznego III RP obecna władza dorzuciła do społecznego garba niemały ciężar. Czekać tylko, kiedy kręgosłup zacznie pękać. Chociaż nie… Właściwie to Polacy nauczeni pokory i poddaństwa wobec Jaśnie Oświeconej Władzy zacisną zęby i z bólem to przetrwają. W końcu są silni, od lat każdy nimi poniewiera, a i tak to dzielnie wytrzymują.

Problem, który mam na myśli, narósł w przeciągu jednej kadencji nader rozrzutnego Donalda Tuska, czyli od 2007 roku, aż o ponad połowę!! Mianowicie w 2007 roku III Rzeczpospolita Polska miała dług publiczny rzędu 527,44 miliardów złotych (13 838 zł na mieszkańca, 34 607 zł na pracującego), podczas gdy w roku 2011 dług ten sięgnął już 815,33 mld złotych (21 892 zł na mieszkańca, 50 544 zł na pracującego). Dług wciąż rośnie, liczba obywateli maleje, bo wcale nie udało się zatrzymać ucieczki Polaków z ich ojczyzny, ani zachęcić do zakładania liczniejszych rodzin.

Teraz rodzi się tylko pytanie – gdzie się podziały te pieniądze, które Donald Tusk i jego podwładni tak „solidnie” inwestowali? Gdzie te niemal 300 mld zł, które w statystykach długu publicznym narosło zaledwie przez kilka lat? Dróg i autostrad nie widzę, kolej bez zmian, ciągle w rozsypce, stadiony na EURO śmierdzą długami i nierentownością, nakłady na naukę niezmiennie na żałośnie niskim poziomie, armia korzysta z prehistorycznego sprzętu, kiepsko wyposażone szpitale karmią chorych kromką chleba z masłem i szklanką letniej wody…

…jedyne co „cieszy” to nagrody za ciężką pracę, jakie przyznali sobie ostatnio politycy. Aż duch w człowieku rośnie, że komuś w tym kraju może być lepiej mimo kryzysowego 2013 roku.

——
Dane o długu zaczerpnięte ze strony:
http://www.dlugpubliczny.org.pl/pl

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Gospodarka, Polityka

 

Ania i Krysia kontra Gospodarka

31 sty

Zabawne są problemy polskiego parlamentu – gospodarka dołuje, bezrobocie rośnie, kolejne firmy ogłaszają upadłość, co chwila głośno robi się o parabankowych następcach Amber Gold, szpitale nie mają pieniędzy na leczenie, drogi dziurawe jak ser szwajcarski, młodzi nie mają gdzie mieszkać, przyrost naturalny na niebezpiecznie niskim poziomie

a Sejm zajmuje się ustawą na temat związków partnerskich.

Fakt faktem sprawa ta powinna być załatwiona już dawno, bo kwestie „rodziny”, czyli podstawowej komórki społecznej, bez której naród i państwo nie mogą istnieć, to sprawa najwyższej wagi. Jednak teraz, w tak ciężkich czasach, premier i jego pracownicy powinni raczej myśleć nad tym co zrobić, by gospodarka ruszyła do przodu, by Polakom żyło się lepiej.
(choć odpowiedź na to jest prosta – zmniejszyć podatki!)

Choć z drugiej strony, dając społeczeństwu tematy zastępcze pod postacią pani bokser Anny Grodzkiej i starej panny Krystyny Pawłowicz, czy wywołując dyskusje nad słusznością (lub nie) zalegalizowania związków partnerskich, społeczeństwo nie myśli o problemach, a więc jest szczęśliwe (lub w mniejszym stopniu nieszczęśliwe), czyli żyje się mu lepiej.

Nawet ja – człowiek sceptycznie podchodzący do homoseksualistów i transseksualistów – uważam, że ludzie tacy powinni mieć prawo do „swojej drogi do szczęścia”. Nikomu przecież nie szkodzą (o ile nie robią zupełnie niepotrzebnych Parad Równości), a to co robią w swoim własnym domu, czy w swoim własnym łóżku – to ich prywatna sprawa. Nie możemy komuś narzucać swoich poglądów na kwestie intymne. Zresztą nie tylko o to chodzi. Związki partnerskie ułatwią życie takim ludziom pod kątem brania kredytów, czy prowadzenia wspólnego gospodarstwa domowego. Dlaczego mielibyśmy ich skazywać na niemożność wzięcia kredytu hipotecznego? Przecież m.in. poprzez budownictwo (które w Polsce leży na łopatkach i kwiczy) kraj i jego gospodarska się rozwija.

W konflikcie Grodzka kontra Pawłowicz nie opowiem się po żadnej stronie. A to z tego powodu, że wypowiedź Pawłowicz na temat „bezproduktywnych dla narodu” (jak określiła homoseksualistów) odnosi się również do niej samej, bo w końcu jest bezdzietną panną, a na dodatek jako posłanka żyje na garnuszku państwa. Jednak analizując biografię i dorobek polityczny, społeczny, a także wiedzę, doświadczenie etc. to właśnie Pawłowicz bardziej nadaje się do parlamentu niż Grodzka. „Zasługi” tej ostatniej raczej nazwałbym iluzorycznymi, kompetencje – wątpliwymi. W moim odczuciu dostała się do Sejmu nie z racji swoich poglądów, czy programu politycznego, a z racji spełnienia roli pewnego rodzaju clowna – w końcu Polacy lubią najpierw „dla jaj” (choć Grodzka już ich nie ma) wybrać clowna, a później ponarzekać, że kto wybrał kogoś/coś takiego (podobnie przecież było z wyborem Leppera, czy „Koko Koko Euro Spoko”). Oczywiście moje poglądy mogą zostać zweryfikowane w następnych wyborach, ale obstawiam, że Grodzka na kolejną kadencję posłanką nie zostanie.

Owszem, Grodzka ma twarz boksera. Ale nie to jest teraz najważniejsze, bo to nie Grodzka boksuje i nokautuje gospodarkę Polski. Tę ostatnią niszczą wysokie podatki, ogromna biurokracja, kiepsko skonstruowane prawo. I tym się teraz zajmijmy, zanim z kraju wyjedzie kolejny milion, dwa czy trzy miliony młodych ludzi, szukających lepszego życia w Wielkiej Brytanii, Niemczech, czy Francji…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Gospodarka, Polacy

 

Zielona Wyspa tonie…

09 sty

Nowy rok warto rozpocząć z dobrym nastrojem, tak aby towarzyszył on nam przez kolejne 365 dni. Tylko jak tu być w dobrym nastroju, skoro już w pierwszych dniach stycznia atakowani jesteśmy w mediach kolejnymi „straszakami” roku 2013. Czyli tym, że „Zielona wyspa” Donalda Tuska tonie…

 

Powinniśmy więc zadać sobie pytanie – czy Polska aby na pewno była „Zieloną wyspą”? Spójrzmy na realia.

 

W 2009 roku Polska jako jedyna w Europie miała dodatni wskaźnik PKB. Niby wskazywałoby to, że kraj nad Wisłą się rozwijał, podczas gdy reszta Starego Kontynentu stała w miejscu, bądź „cofała się”. Tylko dlaczego w 2010 roku granice Rzeczpospolitej opuściło przynajmniej 120 tysięcy Polaków? Nie wyjechali na długoterminowe wycieczki, nie ruszyli w podróż wokół świata – choćby z tego względu, że nie było ich na to stać. Te 120 tysięcy Polaków wyruszyło za granicę w celach zarobkowych, osiedlić się, znaleźć pracę, założyć rodzinę – głównie w takich państwach jak: Niemcy, Wielka Brytania, Holandia, Francja, Belgia, ale i Włochy oraz Szwecja. Jeśli na Zielonej Wyspie żyje się tak dobrze, to dlaczego uciekają z niej wciąż kolejni ludzie, zasilając szeregi europejskiej emigracji, która wynosi niemal 1,7 mln osób (głównie Wielka Brytania – 560 tys., Niemcy – 455 tys., Irlandia – 125 tys., Holandia – 108 tys.).

 

Z tym, rzecz jasna, wiąże się narastający problem demograficzny. Bo jak państwo ma się rozwijać, kiedy statystycznie jest coraz starsze, żyje w nim coraz więcej emerytów, a coraz mniej osób w wieku produkcyjnym?

 

Jednak wskaźniki ludnościowe to jedno, a gospodarka to drugie (choć obydwa czynniki są ze sobą mocno powiązane). Jak wiemy „Zielona wyspa” była jedynym krajem w Europie w 2009 roku, której wskaźnik PKB był dodatni. O czym to jednak świadczy? O tym, że jesteśmy krajem nisko rozwiniętym. Bo podczas kryzysu tylko kraje biedne i zacofane, kiepsko powiązane z gospodarką światową „szły do przodu” bijąc rekordy wzrostu PKB. Jednak przecież wciąż lepiej żyło się w innych krajach, nie słychać było o Niemcach czy Brytyjczykach szturmujących polskie granice, by poprawić swój status życiowy… Ponadto w 2012 roku wskaźnik wzrostu gospodarczego dla Polski nie był już taki imponujący, bo spadł poniżej tego, co zaprezentowały dużo lepiej rozwinięte Stany Zjednoczone czy ogół krajów wysoko rozwiniętych (tylko UE stała bardzo nisko, co przy jej socjalistycznej polityce wcale nie dziwi…).

 

Co ciekawe – współczynnik nadmiernego wzrostu płac za lata 2009 – 2011 pokazuje, że… tylko Polska, Litwa i Malta, jako jedyne w Europie, osiągnęły ów wskaźnik na minusie. Z czego Polska na największym minusie, bo aż -3% (Litwa -1,8%, Malta -0,1%). Płace, według wspomnianego wskaźnika, najszybciej rosły w Bułgarii (33,4%) i Rumunii (27,5%), a z krajów wyżej rozwiniętych – w Wielkiej Brytanii było to 7,6%, we Francji 7%, w Hiszpanii 14,9%, we Włoszech 14,5%, czy w Niemczech 2,9%.

 

Nawet mówienie, że zmiana PKB w stosunku rok do roku między II kwartałem 2008 a 2009 roku był w Polsce dodatni (+1,1%), wcale wiele nam nie mówi. Wcale nie świadczy o sile gospodarki. Bo w tym samym okresie Grecka gospodarka zaliczyła spadek tylko o -0,2%, podczas gdy Niemiecka -5,9%, Szwecji -6,3% a Japonii -6,4%. A który z tych krajów zbankrutował? Oczywiście „najbliższa” nam Grecja…

 

Czy „Zielona wyspa” tonie? Ekonomiści i politycy straszą, że 2013 rok będzie rokiem bardzo ciężkim. Polska gospodarka będzie dołować. Jednak czy prawda nie jest taka, że ona tonie już od dawna, a „zielone” statystyki tylko wprowadzają polskie społeczeństwo w błąd?

 

ŹRÓDŁA:


http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,10431640,120_tysiecy_Polakow_ucieklo_z_zielonej_wyspy.html


http://www.gazetatrend.pl/artykuly/404-jak-zielona-wyspa-przetrwala-kryzys


http://2.bp.blogspot.com/-iEADZ5Xy3II/TzorGzjlz_I/AAAAAAAACFY/MKcVlcDXEHU/s1600/zielona+wyspa.jpg


http://waluty.com.pl/article.php?id=55542

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Gospodarka

 

Śmierć kultury

24 gru

Lubię poczytać sobie wybitności w dziedzinie polityki, historii czy socjologii. Polacy, wbrew temu co sami o sobie myślą, mają takich wybitności wiele – jedną z nich jest Zygmunt Baumann.

 

Ta wybitna postać w 2011 roku napisała, iż jeśli Europa w przeciągu nadchodzących 30 lat nie przyjmie 30 milionów nowych imigrantów, to jej cywilizacja stanie w obliczu upadku demograficznego. Trudno się z tym nie zgodzić patrząc na wskaźniki przyrostu naturalnego, na skaczący w górę średni wiek społeczeństw Starego Kontynentu, na obciążenia społeczne związane z odkładaniem pieniędzy na emerytów, których jest coraz więcej, przy kiepskiej koniunkturze na rynku pracy…

 

Pytanie jest jednak jeszcze jedno – i dotyczy ono w dużej mierze samej Polski, która w ostatnich latach znacznie się „postarzała”, a znakomita część jej ludności wyjechała za granicę. Mianowicie czy Polska powinna otworzyć się na szerokie rzesze imigrantów? Przecież wszyscy niejednokrotnie widzieliśmy, co się dzieje, jeśli w danym państwie mieszka zbyt duża liczba obcokrajowców – wystarczy wspomnieć wydarzenia z Francji z 2005 roku i z Londynu z 2011 roku, gdzie mniejszości narodowe jak hordy barbarzyńców paliły, grabiły i niszczyły wszystko na swojej drodze. Czy taki los nie czeka też Polski, jeśli zgodzi się na przyjęcie zbyt dużej liczby imigrantów?

 

Druga sprawa – dotycząca upadku kultury. Jeśli Polska chce bronić się przed upadkiem demograficznym sprowadzając obcokrajowców, to czy nie ściągnie na siebie klęskę upadku kulturowego? Bo w końcu coraz większą rolę w państwie będą odgrywały kultury obce, napływowe, a spadnie rola (i tak już bardzo słabej w Polsce) kultury lokalnej, rdzennej, rodzimej.

 

To trudne kwestie. Ciężkie do rozstrzygnięcia. Bo jak zachęcić Polaków do tego, by prokreowali i zakładali rodziny, by się rozmnażali, by poszerzali grono swojego narodu? Na pewno nie obecnie panującą teraz polityką, która gospodarkę dusi, tłamsi, nie pozwala jej rozwinąć skrzydeł.

 

Polsce trzeba wolności. Wolności gospodarczej! Nie półśrodków, jakie stosuje się teraz, ale w pełni wolnej gospodarki opisywanej przez klasyków liberalizmu. Tylko kto się za to wreszcie weźmie?

 

Na pewno nie Platforma Obywatelska i Donald Tusk, które szermując hasłami liberalizmu wprowadzają rozwiązania socjaldemokratyczne. Nie tędy droga, panie i panowie…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Gospodarka

 

Iluzja goni iluzję

05 gru
Jak informuje niespecjalnie rzetelna i niespecjalnie obiektywna „Gazeta Wyborcza”, UE martwi się o młodych, którzy w całej tej iluzorycznej europejskiej gospodarce mają niesamowite problemy ze znalezieniem pracy (w całej UE młodych bezrobotnych jest 23,4%, w niektórych krajach jak choćby Grecja czy Hiszpania nawet ponad 50%). W związku z tym… (cytuję Onet.pl):
„Komisja Europejska wdraża więc projekt „gwarancji dla młodych”. Jest to zalecenie, aby każdy obywatel zjednoczonej Europy, który nie ukończył jeszcze 25. roku życia, otrzymywał ofertę przyzwoitego zatrudnienia, szkolenia albo kształcenia w ciągu czterech miesięcy od opuszczenia szkoły lub trafienia na bezrobocie.”
Teraz pozwolę sobie wyjaśnić kilka spraw.
KTO ZAPŁACI?
Zapłacimy za to wszyscy. Bo skąd wziąć pieniądze, jeśli nie z podatków – a te zawsze odbijają się na kieszeni zwykłych ludzi. Więc wcale nie będzie nam się żyło lepiej. Bo wcale też nie będzie mniejsze bezrobocie – miejsca pracy nie biorą się z kosmosu i samo wyszkolenie ludzi nie zapewnia, że powstaną nowe firmy, zakłady itp. O te dba się poprzez dobry klimat dla inwestycji – niskie podatki, łatwość założenia działalności gospodarczej. A podwyższanie podatków, czyli m.in. kosztów pracy (które w Polsce są i tak już bardzo wysokie) wcale temu nie służy.
CZY ZNAJDĄ PRACĘ?
Nie znajdą, to proste. Skoro wszyscy młodzi będą przeszkoleni, to pracodawcy będą więcej wymagać, bo w końcu wszyscy młodzi będą przeszkoleni… i będą mogli wśród nich przebierać (tak jak zresztą to się dzieje dzisiaj). Poza tym – bądźmy szczerzy – publiczne szkolenia są średniej jakości (jak to bywa z państwowymi „produktami”), więc nie łudźmy się, że po takim przeszkoleniu młodzi Europejczycy nagle zamienią się w rekiny biznesu. Poza tym, jak już mówiłem, większe podatki to większe koszty pracy, a więc pracodawca dwa razy więcej będzie się zastanawiał nad zatrudnieniem nowego pracownika. Albo zatrudni go na czarno.
OSZUSTWA
Oczywiście to jest dobra pożywka dla wszelkiej maści oszustów. Zawsze znajdzie się firma, która wygra przetarg na szkolenie – nie ze względu na jakość usług, a ze względu na podpłacenie odpowiedniego decydenta. Również ci, którzy pracują na czarno zyskają – bo nie dość że zarobią w szarej strefie to jeszcze prawdopodobnie trafią na szkolenie, za które nie zapłacą.
I tak oto w Unii Europejskiej iluzja goni iluzję – urzędnicy udają, że pomagają społeczeństwu, a społeczeństwo udaje, że jest mądre (wyszkolone). Tymczasem pracy dalej nikt nie ma. Bo firmy wolą inwestować poza Unią Europejską, gdzie są niższe podatki, niższe koszty pracy… Gdzie jest większy szacunek dla konkretnej pracy zarobkowej, a nie dla za darmo pobieranych zasiłków wszelkiej maści, które pozwalają na spokojne życie bez stresu i przemęczania się.
Iluzja goni iluzję. A w tym czasie szkodliwy Euro-Socjalizm się rozrasta. Takie powolne samobójstwo „zjednoczonej Europy”.

Jak informuje niespecjalnie rzetelna i niespecjalnie obiektywna „Gazeta Wyborcza”, UE martwi się o młodych, którzy w całej tej iluzorycznej europejskiej gospodarce mają niesamowite problemy ze znalezieniem pracy (w całej UE młodych bezrobotnych jest 23,4%, w niektórych krajach jak choćby Grecja czy Hiszpania nawet ponad 50%). W związku z tym… (cytuję Onet.pl):

„Komisja Europejska wdraża więc projekt „gwarancji dla młodych”. Jest to zalecenie, aby każdy obywatel zjednoczonej Europy, który nie ukończył jeszcze 25. roku życia, otrzymywał ofertę przyzwoitego zatrudnienia, szkolenia albo kształcenia w ciągu czterech miesięcy od opuszczenia szkoły lub trafienia na bezrobocie.”

Teraz pozwolę sobie wyjaśnić kilka spraw.

KTO ZAPŁACI?

Zapłacimy za to wszyscy. Bo skąd wziąć pieniądze, jeśli nie z podatków – a te zawsze odbijają się na kieszeni zwykłych ludzi. Więc wcale nie będzie nam się żyło lepiej. Bo wcale też nie będzie mniejsze bezrobocie – miejsca pracy nie biorą się z kosmosu i samo wyszkolenie ludzi nie zapewnia, że powstaną nowe firmy, zakłady itp. O te dba się poprzez dobry klimat dla inwestycji – niskie podatki, łatwość założenia działalności gospodarczej. A podwyższanie podatków, czyli m.in. kosztów pracy (które w Polsce są i tak już bardzo wysokie) wcale temu nie służy.

CZY ZNAJDĄ PRACĘ?

Nie znajdą, to proste. Skoro wszyscy młodzi będą przeszkoleni, to pracodawcy będą więcej wymagać, bo w końcu wszyscy młodzi będą przeszkoleni… i będą mogli wśród nich przebierać (tak jak zresztą to się dzieje dzisiaj). Poza tym – bądźmy szczerzy – publiczne szkolenia są średniej jakości (jak to bywa z państwowymi „produktami”), więc nie łudźmy się, że po takim przeszkoleniu młodzi Europejczycy nagle zamienią się w rekiny biznesu. Poza tym, jak już mówiłem, większe podatki to większe koszty pracy, a więc pracodawca dwa razy więcej będzie się zastanawiał nad zatrudnieniem nowego pracownika. Albo zatrudni go na czarno.

OSZUSTWA

Oczywiście to jest dobra pożywka dla wszelkiej maści oszustów. Zawsze znajdzie się firma, która wygra przetarg na szkolenie – nie ze względu na jakość usług, a ze względu na podpłacenie odpowiedniego decydenta. Również ci, którzy pracują na czarno zyskają – bo nie dość że zarobią w szarej strefie to jeszcze prawdopodobnie trafią na szkolenie, za które nie zapłacą.

I tak oto w Unii Europejskiej iluzja goni iluzję – urzędnicy udają, że pomagają społeczeństwu, a społeczeństwo udaje, że jest mądre (wyszkolone). Tymczasem pracy dalej nikt nie ma. Bo firmy wolą inwestować poza Unią Europejską, gdzie są niższe podatki, niższe koszty pracy… Gdzie jest większy szacunek dla konkretnej pracy zarobkowej, a nie dla za darmo pobieranych zasiłków wszelkiej maści, które pozwalają na spokojne życie bez stresu i przemęczania się.

Iluzja goni iluzję. A w tym czasie szkodliwy Euro-Socjalizm się rozrasta. Takie powolne samobójstwo „zjednoczonej Europy”.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Gospodarka, Polityka

 

Polskie? Fuj!

23 lis

Szczerze powiedziawszy, nie lubię chodzić do większych marketów. Głównie chyba dlatego, że nie lubię tłoków, choć co prawda, w Polsce nie ma z tym jeszcze takiego problemu. Jednak od czasu do czasu, z uwagi na niższe ceny, na większy wybór i/lub większe zakupy, jakich dokonuję, jestem zmuszony się tam wybierać. I ciągle nie mogę przestać się dziwić (choć chyba już dawno powinienem się przyzwyczaić) jednej, pewnej rzeczy, jaką tam zawsze zastaję.

 

Kiedy pierwszy raz przybyłem do Polski i poszedłem do marketu, wybierałem się tam z myślą, że kupię sobie polski produkt – tak dla spróbowania. Tyle się nasłuchałem o jakości polskiej żywności (i nie mówię tu o kuchni polskiej, co raczej o produktach i półproduktach). Tylko, że jak z nadzieją ruszyłem między sklepowe półki i spojrzałem na znajdujące się na niej opakowania, doznałem istnego szoku: Danone, Mars, Nestle, Jacobs, Lipton, Lays, Dilmah… która z nich to marka miejscowa?

 

Pytam Polaka, który robił w pobliżu zakupy, o pomoc, ale ten szczerze powiedziawszy miał ogromny problem, żeby wskazać mi coś typowo MADE IN POLAND. Szok! Dla mnie to szok!

Przykładowo, w Anglii, tak przynajmniej wynika z moich obserwacji, 80% produktów na półkach sklepowych to produkty miejscowe. Reszta to produkty sprowadzane spoza Wysp (mówię o marketach, a nie małych shopach, gdzie np. hindusi sprowadzają różne produkty, z różnych części świata). W Anglii promuje się swoje produkty „pij mleko z brytyjskiej krowy”. A w Polsce? Kiedyś, pamiętam, była w polskiej telewizji reklama „Pizzy staropolskiej”. Nie wiem, może nie znam wystarczająco dobrze historii Polski, ale nigdy bym nie powiedział, że pizza to staropolskie, szlacheckie danie…

 

Wybaczcie, że znów nawiążę do Anglii – ale w Europie jest to ten kraj, w którym liberalizm (i patriotyzm) jako tako w wielu dziedzinach jeszcze się broni. Teraz powiedzcie mi, jakie auta jeżdżą po brytyjskich ulicach? Tak, tak, nowe, drogie, luksusowe… ale bardziej mi chodziło po prostu o markę… Vauxhall. Oczywiście dzisiaj robi ona kopie samochodów Opel, bo na parkingach możemy spotkać np. Vauxhall Vectra, czy Vauxhall Corsa. Ale jednak jest to brytyjska marka (założona w Londynie w 1857 r.) i produkuje w miejscowych fabrykach, dając miejscowej ludności pracę.

 

Pewnym wytłumaczeniem sytuacji w polskich marketach może być fakt, że są to markety zagraniczne. A im nie zależy na lokalnym patriotyzmie, lecz na zysku. Liczą się liczby. I w biznesie jest to normalne. A markety to biznes.

 

Jako liberał nie mogę mieć do nich o to żalu. Ale mogę mieć żal do polskich władz, które stosują nierówną politykę wobec takich firm, dając przybyszom zza granicy duże zniżki i ulgi, a rozkradając ambitnych, polskich przedsiębiorców. A polski przedsiębiorca mógłby się kierować lokalnym patriotyzmem i promować lokalne produkty.

 

I w przypadkach, takich jak miał miejsce np. w Środzie Śląskiej koło Wrocławia, gdzie Coca Cola dostała za pół-darmo teren, a dziś, nie mając już tam produkcji, nie chce oddać na tych samych warunkach terenu, lecz żąda sowitej zapłaty, nie mogę uznać winną Coca Coli. Ona liczy zyski. To polskie władze się sfrajerzyły. To one są winne takiej sytuacji. Bo ja osobiście wolałbym, żeby w Polsce panował większy liberalizm, większa wolność gospodarcza, było mniej podatków, aby w Polsce ludzie ambitni, pracowici, pomysłowi mogli realizować swoje marzenia, plany i koncepcje. Tak, aby nie pożerał ich ZUS. Tak, aby polska gospodarka rozwijała się w oparciu o polskie produkty, bo to właśnie stanowi o sile tej gospodarki.

 

Poza tym, postawcie się w moim miejscu. Czy po to przyjechałem z daleka do Polski i uczyłem się Waszego trudnego języka, żeby na miejscu zajadać się Laysami, Danonkami, frytkami i Pepsi, by z zadowoleniem mówić „Poland is OK”?

Szczerze powiedziawszy, nie lubię chodzić do większych marketów. Głównie chyba dlatego, że nie lubię tłoków, choć co prawda, w Polsce nie ma z tym jeszcze takiego problemu. Jednak od czasu do czasu, z uwagi na niższe ceny, na większy wybór i/lub większe zakupy, jakich dokonuję, jestem zmuszony się tam wybierać. I ciągle nie mogę przestać się dziwić (choć chyba już dawno powinienem się przyzwyczaić) jednej, pewnej rzeczy, jaką tam zawsze zastaję.
Kiedy pierwszy raz przybyłem do Polski i poszedłem do marketu, wybierałem się tam z myślą, że kupię sobie polski produkt – tak dla spróbowania. Tyle się nasłuchałem o jakości polskiej żywności (i nie mówię tu o kuchni polskiej, co raczej o produktach i półproduktach). Tylko, że jak z nadzieją ruszyłem między sklepowe półki i spojrzałem na znajdujące się na niej opakowania, doznałem istnego szoku: Danone, Mars, Nestle, Jacobs, Lipton, Lays, Dilmah… która z nich to marka miejscowa?
Pytam Polaka, który robił w pobliżu zakupy, o pomoc, ale ten szczerze powiedziawszy miał ogromny problem, żeby wskazać mi coś typowo MADE IN POLAND. Szok! Dla mnie to szok!
Przykładowo, w Anglii, tak przynajmniej wynika z moich obserwacji, 80% produktów na półkach sklepowych to produkty miejscowe. Reszta to produkty sprowadzane spoza Wysp (mówię o marketach, a nie małych shopach, gdzie np. hindusi sprowadzają różne produkty, z różnych części świata). W Anglii promuje się swoje produkty „pij mleko z brytyjskiej krowy”. A w Polsce? Kiedyś, pamiętam, była w polskiej telewizji reklama „Pizzy staropolskiej”. Nie wiem, może nie znam wystarczająco dobrze historii Polski, ale nigdy bym nie powiedział, że pizza to staropolskie, szlacheckie danie…
Wybaczcie, że znów nawiążę do Anglii – ale w Europie jest to ten kraj, w którym liberalizm (i patriotyzm) jako tako w wielu dziedzinach jeszcze się broni. Teraz powiedzcie mi, jakie auta jeżdżą po brytyjskich ulicach? Tak, tak, nowe, drogie, luksusowe… ale bardziej mi chodziło po prostu o markę… Vauxhall. Oczywiście dzisiaj robi ona kopie samochodów Opel, bo na parkingach możemy spotkać np. Vauxhall Vectra, czy Vauxhall Corsa. Ale jednak jest to brytyjska marka (założona w Londynie w 1857 r.) i produkuje w miejscowych fabrykach, dając miejscowej ludności pracę.
Pewnym wytłumaczeniem sytuacji w polskich marketach może być fakt, że są to markety zagraniczne. A im nie zależy na lokalnym patriotyzmie, lecz na zysku. Liczą się liczby. I w biznesie jest to normalne. A markety to biznes.
Jako liberał nie mogę mieć do nich o to żalu. Ale mogę mieć żal do polskich władz, które stosują nierówną politykę wobec takich firm, dając przybyszom zza granicy duże zniżki i ulgi, a rozkradając ambitnych, polskich przedsiębiorców. A polski przedsiębiorca mógłby się kierować lokalnym patriotyzmem i promować lokalne produkty.
I w przypadkach, takich jak miał miejsce np. w Środzie Śląskiej koło Wrocławia, gdzie Coca Cola dostała za pół-darmo teren, a dziś, nie mając już tam produkcji, nie chce oddać na tych samych warunkach terenu, lecz żąda sowitej zapłaty, nie mogę uznać winną Coca Coli. Ona liczy zyski. To polskie władze się sfrajerzyły. To one są winne takiej sytuacji. Bo ja osobiście wolałbym, żeby w Polsce panował większy liberalizm, większa wolność gospodarcza, było mniej podatków, aby w Polsce ludzie ambitni, pracowici, pomysłowi mogli realizować swoje marzenia, plany i koncepcje. Tak, aby nie pożerał ich ZUS. Tak, aby polska gospodarka rozwijała się w oparciu o polskie produkty, bo to właśnie stanowi o sile tej gospodarki.
Poza tym, postawcie się w moim miejscu. Czy po to przyjechałem z daleka do Polski i uczyłem się Waszego trudnego języka, żeby na miejscu zajadać się Laysami, Danonkami, frytkami i Pepsi, by z zadowoleniem mówić „Poland is OK”?Szczerze powiedziawszy, nie lubię chodzić do większych marketów. Głównie chyba dlatego, że nie lubię tłoków, choć co prawda, w Polsce nie ma z tym jeszcze takiego problemu. Jednak od czasu do czasu, z uwagi na niższe ceny, na większy wybór i/lub większe zakupy, jakich dokonuję, jestem zmuszony się tam wybierać. I ciągle nie mogę przestać się dziwić (choć chyba już dawno powinienem się przyzwyczaić) jednej, pewnej rzeczy, jaką tam zawsze zastaję.
Kiedy pierwszy raz przybyłem do Polski i poszedłem do marketu, wybierałem się tam z myślą, że kupię sobie polski produkt – tak dla spróbowania. Tyle się nasłuchałem o jakości polskiej żywności (i nie mówię tu o kuchni polskiej, co raczej o produktach i półproduktach). Tylko, że jak z nadzieją ruszyłem między sklepowe półki i spojrzałem na znajdujące się na niej opakowania, doznałem istnego szoku: Danone, Mars, Nestle, Jacobs, Lipton, Lays, Dilmah… która z nich to marka miejscowa?
Pytam Polaka, który robił w pobliżu zakupy, o pomoc, ale ten szczerze powiedziawszy miał ogromny problem, żeby wskazać mi coś typowo MADE IN POLAND. Szok! Dla mnie to szok!
Przykładowo, w Anglii, tak przynajmniej wynika z moich obserwacji, 80% produktów na półkach sklepowych to produkty miejscowe. Reszta to produkty sprowadzane spoza Wysp (mówię o marketach, a nie małych shopach, gdzie np. hindusi sprowadzają różne produkty, z różnych części świata). W Anglii promuje się swoje produkty „pij mleko z brytyjskiej krowy”. A w Polsce? Kiedyś, pamiętam, była w polskiej telewizji reklama „Pizzy staropolskiej”. Nie wiem, może nie znam wystarczająco dobrze historii Polski, ale nigdy bym nie powiedział, że pizza to staropolskie, szlacheckie danie…
Wybaczcie, że znów nawiążę do Anglii – ale w Europie jest to ten kraj, w którym liberalizm (i patriotyzm) jako tako w wielu dziedzinach jeszcze się broni. Teraz powiedzcie mi, jakie auta jeżdżą po brytyjskich ulicach? Tak, tak, nowe, drogie, luksusowe… ale bardziej mi chodziło po prostu o markę… Vauxhall. Oczywiście dzisiaj robi ona kopie samochodów Opel, bo na parkingach możemy spotkać np. Vauxhall Vectra, czy Vauxhall Corsa. Ale jednak jest to brytyjska marka (założona w Londynie w 1857 r.) i produkuje w miejscowych fabrykach, dając miejscowej ludności pracę.
Pewnym wytłumaczeniem sytuacji w polskich marketach może być fakt, że są to markety zagraniczne. A im nie zależy na lokalnym patriotyzmie, lecz na zysku. Liczą się liczby. I w biznesie jest to normalne. A markety to biznes.
Jako liberał nie mogę mieć do nich o to żalu. Ale mogę mieć żal do polskich władz, które stosują nierówną politykę wobec takich firm, dając przybyszom zza granicy duże zniżki i ulgi, a rozkradając ambitnych, polskich przedsiębiorców. A polski przedsiębiorca mógłby się kierować lokalnym patriotyzmem i promować lokalne produkty.
I w przypadkach, takich jak miał miejsce np. w Środzie Śląskiej koło Wrocławia, gdzie Coca Cola dostała za pół-darmo teren, a dziś, nie mając już tam produkcji, nie chce oddać na tych samych warunkach terenu, lecz żąda sowitej zapłaty, nie mogę uznać winną Coca Coli. Ona liczy zyski. To polskie władze się sfrajerzyły. To one są winne takiej sytuacji. Bo ja osobiście wolałbym, żeby w Polsce panował większy liberalizm, większa wolność gospodarcza, było mniej podatków, aby w Polsce ludzie ambitni, pracowici, pomysłowi mogli realizować swoje marzenia, plany i koncepcje. Tak, aby nie pożerał ich ZUS. Tak, aby polska gospodarka rozwijała się w oparciu o polskie produkty, bo to właśnie stanowi o sile tej gospodarki.
Poza tym, postawcie się w moim miejscu. Czy po to przyjechałem z daleka do Polski i uczyłem się Waszego trudnego języka, żeby na miejscu zajadać się Laysami, Danonkami, frytkami i Pepsi, by z zadowoleniem mówić „Poland is OK”?
 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Gospodarka, Polacy

 

Polska a emisja CO2

16 lis

Nawiązując nieco do obecnej polityki i sytuacji Polski, chciałbym powiedzieć kilka słów na temat handlu gazami cieplarnianymi (dwutlenek węgla), na temat zmniejszenia ich emisji oraz związanych z tym kosztów.
Sądzę, że odpowiedź na to, czy Polska powinna godzić się na radykalne cięcia emisji dwutlenku węgla zawiera się w tym, co powiedział kiedyś Milton Friedman:
Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, które kraje zachodnie stosowały, gdy były tak biedne, jak Polska.
Czy Niemcy bądź Francja wprowadzały tak radykalne i kosztowne cięcia emisji gazów cieplarnianych w czasach, gdy były na takim samym poziomie jak dzisiejsza Polska? Nie. Więc skoro sami nie byli tacy dobrzy (i nie było ich na to stać), niech więc Polski nie namawiają do tego samego.
Polski, a właściwie Polaków (bo to oni przede wszystkim zapłacą za to poprzez podatki i podwyżkę cen energii) na to nie stać! Polska jest kilkadziesiąt lat do tyłu w stosunku do krajów zachodniej Europy.
Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, czy ograniczenie produkcji dwutlenku węgla wpłynie na poprawę jakości klimatu? Przecież ten się zmienia regularnie na przestrzeni dziejów Ziemi, od milionów lat – raz jest gorącym, innym razem następuje epoka lodowcowa. To wszystko zależne jest od ruchów tektonicznych (na które człowiek w żaden sposób nie ma wpływu), od procesów kosmicznych takich jak cykle Milankovica (na które również człowiek nie ma wpływu)… Księżyc z każdym rokiem oddala się od Ziemi o kolejne 3 cm, Słońce ma różną aktywność, raz większą, raz mniejszą… Czy możemy to zmienić? Nie potrafimy powstrzymać nawet wybuchu wulkanu, który wytwarza niewiarygodne ilości dwutlenku węgla, przy których produkcja cywilizacji ludzkiej wygląda marnie, a chcemy „zatrzymać” cały klimat?
Polski nie stać na takie fantazje. Powiedzmy to sobie szczerze. Polska to kraj piękny, ale biedny.
P.S.
Warto wspomnieć o raporcie UBS Investment Research z końca zeszłego roku, który jasno stwierdził, że koszt ETS (europejski system handlu emisjami dwutlenku węgla) wyniósł dotychczas 287 miliardów dolarów, a jego wpływ na ograniczenie emisji był „bliski zeru”.
Licząc, że UE liczy 500 mln mieszkańców daje to około 570 dolarów na głowę. Czyli standardowa 4-osobowa rodzina dorzuciła się do bezsensownego pomysłu politykierów UE prawie 2.300 dolarów, co przy dzisiejszym kursie walut daje ponad 7.400 zł na rodzinę.
7.400 zł wywalonych w błoto!
A Ty jak byś wykorzystał te pieniądze? Na pewno mądrzej niż Komisja Europejska, która „dba o Twoje dobro”.

Nawiązując nieco do obecnej polityki i sytuacji Polski, chciałbym powiedzieć kilka słów na temat handlu gazami cieplarnianymi (dwutlenek węgla), na temat zmniejszenia ich emisji oraz związanych z tym kosztów.
Sądzę, że odpowiedź na to, czy Polska powinna godzić się na radykalne cięcia emisji dwutlenku węgla zawiera się w tym, co powiedział kiedyś Milton Friedman:

 

Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, które kraje zachodnie stosowały, gdy były tak biedne, jak Polska.

 

Czy Niemcy bądź Francja wprowadzały tak radykalne i kosztowne cięcia emisji gazów cieplarnianych w czasach, gdy były na takim samym poziomie jak dzisiejsza Polska? Nie. Więc skoro sami nie byli tacy dobrzy (i nie było ich na to stać), niech więc Polski nie namawiają do tego samego.

 

Polski, a właściwie Polaków (bo to oni przede wszystkim zapłacą za to poprzez podatki i podwyżkę cen energii) na to nie stać! Polska jest kilkadziesiąt lat do tyłu w stosunku do krajów zachodniej Europy.

 

Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, czy ograniczenie produkcji dwutlenku węgla wpłynie na poprawę jakości klimatu? Przecież ten się zmienia regularnie na przestrzeni dziejów Ziemi, od milionów lat – raz jest gorącym, innym razem następuje epoka lodowcowa. To wszystko zależne jest od ruchów tektonicznych (na które człowiek w żaden sposób nie ma wpływu), od procesów kosmicznych takich jak cykle Milankovica (na które również człowiek nie ma wpływu)… Księżyc z każdym rokiem oddala się od Ziemi o kolejne 3 cm, Słońce ma różną aktywność, raz większą, raz mniejszą… Czy możemy to zmienić? Nie potrafimy powstrzymać nawet wybuchu wulkanu, który wytwarza niewiarygodne ilości dwutlenku węgla, przy których produkcja cywilizacji ludzkiej wygląda marnie, a chcemy „zatrzymać” cały klimat?

 

Polski nie stać na takie fantazje. Powiedzmy to sobie szczerze. Polska to kraj piękny, ale biedny.

 

 

P.S.

Warto wspomnieć o raporcie UBS Investment Research z końca zeszłego roku, który jasno stwierdził, że koszt ETS (europejski system handlu emisjami dwutlenku węgla) wyniósł dotychczas 287 miliardów dolarów, a jego wpływ na ograniczenie emisji był „bliski zeru”.

 

Licząc, że UE liczy 500 mln mieszkańców daje to około 570 dolarów na głowę. Czyli standardowa 4-osobowa rodzina dorzuciła się do bezsensownego pomysłu politykierów UE prawie 2.300 dolarów, co przy dzisiejszym kursie walut daje ponad 7.400 zł na rodzinę.

 

7.400 zł wywalonych w błoto!

 

A Ty jak byś wykorzystał te pieniądze? Na pewno mądrzej niż Komisja Europejska, która „dba o Twoje dobro”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polityka, Polska