RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Polska’

Putin wszystko sobie zaplanował?

01 cze

Ukraina i Krym to tylko kolejny punkt długoterminowego planu Putina. Ten plan jest realizowany już od wielu lat. Nie tylko względem wschodniej Ukrainy. Wystarczy mała retrospekcja, powrót do przeszłości i przypomnienie sobie tego, co wydarzyło się na przestrzeni ostatnich kilku lat…

 

GRUZJA 2008

Jeśli ktoś myśli, że Rosja po prostu skorzystała z okazji, jaką były utarczki między Osetyjczykami i Gruzinami, i pod pretekstem uspokojenia sytuacji (Miedwiediew nazywał swoich żołnierzy „strażnikami pokoju”), wdarła się w sierpniu 2008 roku do Gruzji, to jest w grubym błędzie. Putin tę wojnę miał zaplanowaną już od dawna, czekał tylko na taką właśnie okazję…

 

Andriej Iłłarionow, były doradca Putina, przyznał przecież:

Do północy 7 sierpnia, ponad 20 tys. cywilów z Osetii Południowej zostało ewakuowanych do Rosji. Ta liczba odpowiada ponad 90 proc. populacji przyszłego pola walk i ok. 40 proc. całej ludności Osetii Południowej.”

Była to więc zorganizowana akcja…

 

Zresztą sam Putin przyznał, że plan ataku na Gruzję gotowy był wcześniej i jego siły działały w ramach tego planu. Kiedy powstał ten plan? W tej kwestii musimy posłuchać samego Putina: „pod koniec 2006 roku, a ja go autoryzowałem na początku 2007”.

 

Ciekawostką jest to, że od początku konfliktu brali w nim udział „ochotnicy” przybywający z Rosji. Czy nie znamy tego scenariusza z Krymu z 2014 roku?

 

SMOLEŃSK 2010

Nigdy nie byłem zwolennikiem teorii spiskowej jeśli chodzi o śmierć prezydenta Kaczyńskiego. Raczej uważałem to za serię pomyłek, przypadków i wypadków. Ale teraz zaczynam się powoli zastanawiać, czy aby na pewno Putin nie maczał w tym swoich paluszków…

 

Zaatakował Gruzję 2 lata wcześniej. Kaczyński strasznie mu stawał okoniem i głośno krzyczał. Mniejsza o to, czy skutecznie, czy nie, ale pomagał Gruzinom i tworzył im odpowiedni marketing Europie. Putinowi na pewno się to nie podobało. A przecież w planach miał jeszcze odzyskanie Krymu (o czym mówił już kilka lat wcześniej…). Może więc lepiej uciszyć tego krzykacza, bo w przypadku Ukrainy będzie wojował jeszcze bardziej, w końcu zbliżymy się do granicy III RP…

 

Kto wie – być może Putin skorzystał z okazji, że prawie setka prominentnych ludzi leciała jednym samolotem (co za głupota!)? Wcześniej tego nie planował, ale skoro pojawiła się taka opcja, dlaczego nie wpleść jej w długoterminowy plan? W końcu „skosi” nie tylko wojującego prezydenta, ale i inne ważne osobistości, przetrącając tym samym kark polskiemu dowództwu sił zbrojnych.

 

UKRAINA 2014

Nie muszę chyba mówić co zaszło na Ukrainie. Pojawili się separatyści, niemal jak „ochotnicy” w Gruzji. Trzeba było bronić pokoju i mniejszości narodowych. Trzeba było dać możliwość samostanowienia miejscowej ludności. Zresztą, odzyskanie Krymu było w planach Putina już od wielu lat, o czym doskonale wiemy, tylko politycy europejscy to przespali. I dalej śpią. Jeden tylko może by krzyczał, ale zginął w Smoleńsku w 2010 roku.

 

Putin to dla Rosjan mąż stanu. Nie można temu zaprzeczyć. Kto by nie chciał mieć w swoim kraju przywódcy, który zmniejsza im podatki, zwiększa jego siłę, możliwości bojowe, poszerza granice? Dla nas Putin to zagrożenie, ale obiektywnie patrząc jest to sprawny polityk, który planuje na wiele, wiele lat do przodu.

 

Jak już wspomniałem wcześniej – nie jestem zwolennikiem teorii spiskowej jeśli chodzi o Smoleńsk, ale tak się zastanawiam, czy to wszystko nie wkomponowuje się idealnie w całość, pomiędzy Gruzję a Ukrainę.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Europa, Polityka, Polska

 

Dziennikarski horror

21 maj

Wchodzę na Facebooka i rzucam okiem na to, co się tam dzieje. Jak zwykle nic ciekawego… Moją uwagę zwraca jedynie fakt, że znajoma udostępnia na swojej tablicy artykuł GW pt. „Komórkowo-pociągowy horror” autorstwa Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Tytuł może niespecjalnie imponujący, ale jakoś mnie zainteresował, głównie chyba na zasadzie „o co tam może chodzić…?”.

Przeczytałem. I się przeraziłem. Że „poważna” dziennikarka zajmuje się takimi pierdołami. TOTALNYMI PIERDOŁAMI. A co gorsza, z tych pierdół skleciła wręcz postulat wyborczy!  Mianowicie szanowna pani dziennikarka nawołuje naszych ustawodawców „o wprowadzenie zakazu rozmów przez komórki w przedziałach„. Czy nie uważacie, że to arcyważny problem, jakże niesamowicie uciążliwy dla naszego społeczeństwa?

Pani Katarzynie strasznie przeszkadza to, że ktoś chce zadzwonić do przyjaciela i podzielić się swoimi problemami (bolące biodro). Pani Katarzynie strasznie przeszkadza to, że ktoś się martwi o swoją córkę, bo gdzieś zaginęła. Pani Katarzynie przeszkadza to, że ludzie ze sobą rozmawiają, bo przecież ona wymarzyła sobie, że wsiądzie do pociągu i w milczeniu przejedzie całą trasą. Tylko pani Katarzyna zapomniała, że ktoś może wymarzył sobie, aby nie nudzić się w pociągu i podtrzymać przyjacielskie relacje z innymi ludźmi?

Owszem, nieskrępowane mówienie na głos w miejscach publicznych o swoich osobistych sprawach jest żenujące, ale mówienie o bolącym biodrze już żenujące w mojej ocenie nie jest. Owszem, też wolę poczytać książkę w pociągu, niż przysłuchiwać się rozmowom innych ludzi. Ale na tym polega wolność i tolerancja, że NIE ZABRANIAM komuś rozmowy przez telefon, mimo że chcę w spokoju w miejscu publicznym poczytać książkę. Jeśli chcę skupić się na książce, kupuję sobie stopery do uszu. Ale może pani Katarzyny nie stać na stopery, stać ją za to na głupie postulaty wyborcze.

Proponuję ogólnonarodową zrzutę na komplet stoperów dla pani Katarzyny, coby następnym razem podczas podróży nie musiała się irytować na to, że ktoś ma przyjaciela i z owym przyjacielem chce porozmawiać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Media, Polacy, Polska

 

EuroCyrk i jego małpy

20 maj

W ostatnich miesiącach rzeczywistość polityczna serwuje nam istny EuroCyrk na kółkach, albo Latający EuroCyrk Kołchozu LGBT. Ale wbrew pozorom nie jest śmiesznie, jest wręcz tragicznie. Bardzo tragicznie.

Putin już dawno temu zapowiedział, że wszelkie pro-zachodnie ruchy Ukrainy zakończą się aneksją Krymu (a może i nie tylko Krymu). EuroMajdan był pro-zachodni, a że Putin jest człowiekiem konsekwentnym to zaanektował Krym, grając całemu światu zachodniemu na nosie. Niemcy z Angelą Merkel nie kiwnęły palcem, bo się boją. A teraz bać się mogą jeszcze bardziej, bo Rosja ugadała się z Chinami w sprawie handlu gazem, a więc gdyby „przypadkiem” zabrakło w Europie kontrahenta na rosyjskie surowce, to zawsze pozostają klienci z Państwa Środka. Tak prawdę powiedziawszy – kto bardziej będzie płakał w przypadku przerw dostawy gazu – Europa, która uzależniła się od surowców rosyjskich, czy Rosja, która i tak swój gaz sprzeda? Kto szybciej odnajdzie się w nowej sytuacji?

Owszem, gaz Europie może sprzedać również USA, ale transport przez ocean swoje kosztuje, więc nie będzie to tanie rozwiązanie. Ale UE ma na to pieniądze. Swoich podatników.

Czyja jest więc wina, że Europa ma związane ręce i nie może Putinowi zbytnio podskoczyć? W odpowiedzi na to pytanie napiszę tylko tyle, że PONOĆ Unia Europejska powstała po to, aby być silnym i niezależnym podmiotem na arenie międzynarodowej. A tymczasem…

Do tego zbliżają się EuroWybory. Kolejny cyrk na kółkach. Partia rządząca i główna partia opozycyjna przekrzykują się nawzajem, jakich to cudów nie dokonają, będąc w Parlamencie Europejskim (bądźmy szczerzy, nasi posłowie, bez odpowiednio dużej koalicji z innymi europejskimi partiami mogą g*** zdziałać). A tymczasem media straszą ludzi rosnącą popularnością EuroSceptyków (w Polsce są to m.in. ludzie z Kongresu Nowej Prawicy). Nawet pan premier zapowiedział, że będzie zwalczał EuroSceptyków. Bo EuroSceptycy to zagrożenie…

…a może odpowiedź na nastroje społeczne w Europie? Nieprawdą jest to, o czym mówił prezydent Komorowski, że 89% Polaków jest zadowolonych z członkostwa w UE. Gdyby spojrzeć na dane Eurostatu, nie tylko w Polsce, ale generalnie w całej Unii Europejskiej panuje odwrót od EuroEntuzjazmu. Coraz więcej Polaków, Węgrów, Francuzów, Brytyjczyków, Hiszpanów itd. jest tym molochem politycznym zmęczonych. UE nie rozwiązuje ich problemów, tak jak by sobie tego ludzie życzyli. Albo inaczej: UE nie rozwiązuje w ogóle problemów, tworzy wręcz nowe!

I tak oto EuroCyrk nabiera rozmachu. Kandydaci na EuroPosłów obrzucają się pięknymi, fantazyjnymi hasłami wyborczymi. To już nawet nie kiełbasa wyborcza, no chyba że z jednorożca, bo ich pomysły to istne fantazje, które nigdy się nie ziszczą (choćby dlatego, że nie kiwną palcami dla ich ziszczenia). A u boku EuroCyrku i całej tej fantazyjności Władimir Putin jak najbardziej realnie anektuje Krym, grając EuroMajdanowi i EuroKołchozowi na nosie. Nikt nic nie powie, bo Putin doskonale zaplanował to sobie wiele lat temu. Putin jest silny. Putin jest groźny. A małpy zżerają EuroCyrk od środka debatując nad krzywizną banana…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Europa, Polityka, Polska

 

Przyszła baba z SANEPIDu…

05 sie

To nie dowcip. To nie żart. To żadna prześmiewcza historia, mimo iż zaczyna się od słynnego „przyszła baba…”. Historia, którą Wam opiszę, jest jak najbardziej prawdziwa i obnaża zgnicie takiej służby, jak SANEPID. Czyli de facto służba, która ze „zgnilizną” (w przenośni i dosłownie) powinna walczyć.

Zbliżają się święta. Co za różnica – Wielkanocne czy Boże Narodzenie – tu i tu jest tak samo. Zbliżają się święta i przychodzi baba z SANEPIDu. Oj, proszę o wybaczenie, nie „baba” tylko „pani”. Chociaż, co będziemy sobie żałować, niech będzie „baba”…

Zacznijmy jeszcze raz.

Przychodzi baba z SANEPIDu, tuż przed świętami, do rzeźni. W rzeźni jak to w rzeźni… jest po prostu niezła rzeźnia, czyli nie wszystko idealnie gra, choćby z tego względu, że czasem trudno spełnić wygórowane wymagania UE, jeśli chodzi o obiekty tego typu (a żeby było śmieszniej to rzecz tyczy się z wolna podupadającej rzeźni/firmy państwowej…). Oczywiście nigdy żaden klient nie skarżył się, że produkty z rzeczonej rzeźni są złe, niesmaczne, niezdrowe, szkodliwe, a wręcz przeciwnie – mięso ich produkcji zawsze cieszyło się powodzeniem (mieli świetnego rzeźnika!). Sam niejednokrotnie zajadałem się kabanosami (istne delicje!) i kiełbasami (mniam!) ze wspomnianej rzeźni. Jednak baba z SANEPIDu ma się do czego przyczepić w związku z czym trzeba ją przekupić. W jaki sposób? Sprawa prosta – zbliżają się święta, więc baba z SANEPIDu na pewno ucieszy się, jak dostanie wałówę, znaczy się solidny kawał szynki, kilka kilogramów kiełbasy i kabanosów, do tego boczek, karkówka i schab.

I tak co większe kościelne święta sytuacja się powtarza – za pasem Wielkanoc czy Boże Narodzenie – baba z SANEPIDu się pojawia (a cała reszta roku? Na pewno strzeże sanitarnego bezpieczeństwa kraju w innych aspektach naszego życia…).

Teraz odpowiedzcie mi na pytanie, kto większy grzech popełnia:

- rzeźnik, który nie ma szans (ze względów finansowych) na spełnienie wymogów UE, więc wybiera tańszą opcję inwestycji – finansuje babę z SANEPIDu, aby tylko przymknęła oko na wszelkie „niezgodności”;

- baba z SANEPIDu, która co roku świadomie przychodzi w tym samym przedświątecznym okresie na kontrolę do dobrej rzeźni, wiedząc, że dostanie „łapówkę”, wręcz już jej oczekując?

I tak oto instytucja odpowiedzialna za bezpieczeństwo sanitarne państwa samo gnije od środka…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Polacy, Polska

 

Klimat w Polsce się „wygładza”

03 lip

Jedni mówią o ociepleniu. Drudzy o ochłodzeniu. Globalnym.

Ja mówię o „wygładzeniu”. Polskim.

Dlaczego „wygładzenie”? Bo zamiast dwóch miesięcy mrozów (zimą) i dwóch miesięcy upałów (latem), w Polsce mamy do czynienia z „taką sobie” zimą i „takim sobie” latem. Owszem, na termometrze potrafi podskoczyć do 30 stopni Celsjusza, ale cóż z tego, skoro wieczorem albo dnia następnego lunie deszcz. Zimą też – potrafi przymrozić, ale cóż z tego, skoro popołudniu albo dnia następnego przygrzeje słońce.

Co w związku z tym trzeba zrobić? Przyzwyczaić się i przystosować. Bo z klimatem za żadne skarby nie wygramy. Nie mamy szans. Klimat to nie tylko kwestia globalna, ale i kosmiczna, jeśli nie potrafimy ochronić się przed lokalnymi żywiołami (deszcze, powodzie, lawiny itp.) to co dopiero z całym klimatem?

Musimy się przystosować. Najgorsze jest to, że przystosuje się i turystyka. I ta nieliczna garstka, która jeszcze lubi wypoczywać w Polsce, ucieknie na południe. No chyba że rządzący w Polsce będą mieli jakiś skuteczny pomysł, żeby jednak ten kraj promować – w końcu jest co – liczne arcydzieła przyrody, wspaniałe zabytki, fantastyczna historia… Mazury, Bieszczady, Beskidy, Hel, Jura Krakowsko-Częstochowska… Kraków, Wrocław, Gdańsk, Warszawa, Lublin…

Musimy się przystosować. I musimy przystosować obcokrajowców do wakacji w Polsce. Bo na razie nikt chyba o to nie dba, a za turystyką stoją przecież współcześnie grube pieniądze.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Polska, Turystyka

 

Radosna prezydentura Komorowskiego

28 maj

Prezydent Komorowski to prezydent radosny. Ciągle się uśmiecha, ciągle szczerzy ząbki, ciągle okazuje swą dziecięcą radość z pełnienia przewodniej roli nad narodem polskim. Styl jego prezydentury jest szczególnie radosny w zestawieniu z kadencją śp. Lecha Kaczyńskiego, który albo się nie uśmiechał wcale, albo robił to tak, że niespecjalnie było to widać. Bo był zbyt poważny jak na stanowisko, które piastował.

Ostatnio w moje ręce wpadła prezydencka broszura podsumowująca dwa lata kadencji („Dwa lata Prezydentury: 6 sierpnia 2010 – 5 sierpnia 2012”) Bronisława Komorowskiego. Zwykle takie rzeczy rzucam w kosz, bo propaganda mnie nie interesuje, ale z racji, że spostrzegłem iż mowa tam była o patriotyzmie… postanowiłem rzucić okiem, jak tę kwestię widzi nasz szanowny, radosny prezydent. I jakoś nie zdziwiło mnie, kiedy w książeczce wyczytałem, że „z tożsamością Polaka wiąże się poczucie radości…” (str. 83), ani nie zdziwiło mnie zdanie kolejne, mówiące o tym, iż „…radość ze wspólnych dokonań buduje więź…”. Co ciekawe dowiedziałem się także, że euroentuzjazm może być „wyrazem szczerego patriotyzmu”. Myśląc tym tokiem – czyżby eurosceptycy byli nieszczerzy w swej miłości do ojczyzny? Fałszywi? Tak czy inaczej Nowoczesny patriotyzm według Komorowskiego to radosny patriotyzm. A znakiem tego patriotyzmu ma być biało-czerwony kotylion symbolizujący „radość i dumę z dokonań Polaków” (str. 95). Jak więc widać Polacy mają cieszyć się jak dzieci, a najlepiej gdyby do tego byli naiwni jak dzieci. O ile już nie są.

W dalszej części książki nie jest wcale lepiej…

Pojawia się m.in. mowa o działaniach społecznych i organizacjach pozarządowych. Jego Radosna Mość Komorowski chwali się organizowaniem debat poświęconych „procedurom uproszczenia prawa, stworzeniu mechanizmów finansowania działań społecznych”, czy też debat omawiających jak ułatwić „funkcjonowanie organizacji pozarządowych oraz dających realne podstawy finansowania ich działania” (str. 85). Zastanawia mnie jakie to mechanizmy chce stworzyć nasz prezydent dla finansowania działań społecznych? Zawsze wydawało mi się, że mechanizm ten jest bardzo prosty: włożyć rękę do kieszeni, wyciągnąć monetę albo banknot i wrzucić do puszki trzymanej przez wolontariusza. Ale może nasz radosny przodownik narodu ma ciekawsze pomysły? Najlepiej takie, które pozwolą zatrudnić nowe rzesze urzędników… Martwi mnie to tym bardziej, że Bronisław Komorowski wywodzi się z rzekomo liberalnej partii – PO (choć jaka ona jest – sami wiemy).

A jeśli autorzy mieli na myśli finansowanie organizacji społecznych i pozarządowych przez… budżet państwa, to ja nie bardzo wiem, w jaki sposób są to organizacje społeczne czy pozarządowe. No chyba że Rządowe Organizacje Pozarządowe to jeden z elementów radosnej prezydentury Komorowskiego…

Wyczulenie na finanse państwowe, czyli na pieniądze wyciągnięte z kieszeni podatników, widać i na kolejnych stronicach omawianej „książki”. Prezydent Komorowski „w ciągu dwóch lat odwiedził […] ponad 100 miejscowości w różnych regionach Polski” (str. 88). Czyli na garbie społeczeństwa podróżował sobie po kraju, zwiedzając go wzdłuż i wszerz, razem z małżonką. Bo trudno to inaczej określić, skoro nie słyszy się, aby Jego Radosna Mość Komorowski coś konkretnego w trakcie tych spotkań uradził, zdziałał, utworzył nową jakość. Raczej tylko szczerzył ząbki do lokalnych społeczności i łączył się z nimi „w bulu i nadzieji”, że może kiedyś ich problemy zostaną zauważone i rzeczywiście rozwiązane. Czyżby to był ten „polski wymiar troski o słabszych, symbol współdziałania, służby ojczyźnie i każdemu człowiekowi szczególnie w okresie niepewności gospodarczej w Europie” (str. 85)? Troszcząc się o swój naród Jego Radosna Mość Komorowski postanowił zwiększyć wydatki Kancelarii Prezydenta do tego stopnia, że o 5 mln zł (dane z 2010 roku) prześcignął wydatki dworu brytyjskiej królowej Elżbiety II!!! Ciekawe skąd wziął wszystkie te pieniądze? Bo jakoś mi się wydaje, że z powietrza się nie wzięły, tylko z kieszeni podatnika…

…swoją drogą, przykładowo we wspomnianym 2010 roku Kancelaria Prezydenta zwiększyła wydatki na odznaczenia i ordery w stosunku do roku poprzedniego (kiedy narodowi przewodził smutny Lech Kaczyński) o 13 mln złotych! Tak, tak, dobrze czytasz czytelniku – Kancelaria Prezydenta nie wyda 13 mln złotych na odznaczenia, ale o 13 mln złotych zwiększyła wydatki na ten cel! (a choćby na nagrody dla urzędników prezydenckich poszło wówczas 73 mln złotych…). A kogo honorował medalami Jego Radosna Mość Komorowski? Wybitności pokroju Adama Michnika, który w Australii wychwalał Polskę i jej mieszkańców rzucając słowa: „Polacy to stado tępych baranów”. Z dumą i radością prezydent otwierał także wystawę poświęconą Czesławowi Miłoszowi, który przecież słynie ze swoich wypowiedzi: „dla Polski nie ma miejsca na ziemi”, „Nigdy nie byłem Litwinem, chociaż bardzo bym chciał”, czy „Polska mnie przeraża” (zresztą żołnierzy AK nazywał bandytami, a największych polskich poetów anachronicznymi nacjonalistami). A to wszystko w ramach Nowoczesnego patriotyzmu promowanego przez Jego Radosną Mość Komorowskiego.

Prezydentura Bronisława Komorowskiego to radosny czas. Myśliwy z Obornik Śląskich uśmiecha się do stada łosi (narodu polskiego), czy raczej do stada baranów (mówiąc mową Michnika), bo cieszy się, że swym szczerzeniem ząbków upolował ich serca. A za sercami idą i głosy w wyborach. Szkoda tylko, że za prezydenturą Komorowskiego nie idzie szczera chęć niesienia pomocy i zmian w kraju, który tak bardzo tego potrzebuje. Kraju, który wręcz „w bulu” oczekuje radykalnych i trudnych zmian oraz reform, a nie tylko dziecięcych uśmiechów…

…a póki co serwowane nam są tylko te ostatnie. Zresztą, kiedy mowa jest o tym, iż „Para Prezydencka spotkała się z najmłodszymi oraz ich rodzicami na dziedzińcu pałacu, który zamienił się w wielki plac zabaw” (str. 87) to jakoś nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył Bronisława K. z łopatką i grabkami, zacieszającego się w prezydenckiej piaskownicy. W końcu sam tego dokonał, nie moja w tym wina, że urząd jaki piastuje nie ma już w sobie powagi, a jedynie tę naiwną, dziecięcą radość…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polacy, Polityka, Polska

 

Promocja Polski za granicą

22 maj

Jak wygląda promocja Polski poza jej granicami? Obawiam się, że nie wygląda… I to nawet nie jest kwestia wyglądu, co raczej braku. Kwestia mizerności działań podejmowanych przez kolejne rządy, i obecny, i każdy poprzedni, mających na celu promocję kraju nad Wisłą.

Polska nie promuje się permanentnie. Polska promuje się incydentalnie. Jak? Wydarzeniami z przypadku. Rzadziej z wyboru…

…tym z wyboru, choć jakże kosztownym i niekoniecznie opłacalnym, choć zapewne pięknym, była organizacja Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. To pozwoliło na chwilę skierować oczy świata na Polskę (niestety na krótką chwilę, bo przecież już wkrótce były Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie) i pokazać, że ludzie mieszkający tutaj to nie są żadni troglodyci, że są przyjaźnie nastawieni, że nie mieszkają w ziemiankach i jaskiniach, że jest to w miarę normalny i rozwinięty kraj, w którym nie tylko wiadomo co to jest samochód i komputer, ale i ludzie miejscowi świetnie się tymi narzędziami posługują.

Niestety tych wydarzeń z przypadku, które sprawiają, że o Polsce jest głośno, możemy wyliczyć więcej. Co gorsza, niekoniecznie muszą one mówić o Polsce dobrze, nie mówię, że od razu źle, ale mogą też budzić mieszane uczucia.

Choćby Smoleńsk 2010 i śmierć 96 osób lecących rządowym samolotem. Z jednej strony żal i współczucie dla Polaków, a także zauważenie przez świat problematyki katyńskiej. Z drugiej zaś strony… mówienie (niekoniecznie przez Polaków i za polskim poparciem) o pijanych pilotach szarżujących na lotnisko (bez względu na to czy to prawda), o głupocie polskich polityków (no bo kto zabiera na pokład całą garść najwyższego dowództwa w państwie! Tylko Polacy…).

Zresztą, w trakcie samego Euro 2012 Polacy sami sobie zrobili antyreklamę, atakując rosyjskich kiboli. Wiem, że to wszystko wiąże się m.in. z 10 kwietnia 2010 i narastającą frustracją polskich nacjonalistów i kiboli… Ale na oczach kamer całego świata?

O Polsce jest głośno na świecie… ale w kontekście więzień CIA, w których łamano prawa człowieka, w kontekście katastrof i wypadków, w których ginie dużo ludzi, czy np. w kontekście polityków, którzy palną coś nie tak (np. Wałęsa o homoseksualistach). Choć z drugiej strony Wałęsa powiedział co myślał i miał do tego prawo, dlaczego każdy mu narzuca poprawność polityczną?

O Polsce jest głośno na świecie… jak ktoś nakręci film o polskich kibolach i ich zabójczych intencjach wobec obcokrajowców, jak w Anglii Polak podejrzany jest o zgwałcenie kobiety (przy czym cała sprawa też jest szyta grubymi nićmi), o Polsce jest głośno jak się mówi o… POLSKICH OBOZACH KONCENTRACYJNYCH.

I nikt nie protestuje. I nikt nic z tym nie robi. Nikt nie działa.

Politycy milczą…

——————————-
Na pocieszenie jednak powiem wam o akcji, która ostatnio ruszyła. Epic Poland – słyszeliście? Póki co rozprzestrzenia się na Facebooku i ma za zadanie promować Polskę poprzez anglojęzyczne wpisy dotyczące historii, kultury, sztuki, przyrody… i wszystkiego innego, co dotyczy tego pięknego kraju. Może warto się tym zainteresować i jakoś wesprzeć?

EPIC POLAND NA FACEBOOKU

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Media, Polityka, Polska

 

Mazury dla wytrwałych

13 lut

Zawsze marzyłem o zobaczeniu najpiękniejszej chyba w całej Europie krainy jezior – polskich Mazur. Wyczyn ten udał mi się już ładnych kilka lat temu… i całą moją wyprawę naprawdę należałoby nazwać „wyczynem”. Bo taka podróż jest tylko dla wytrwałych i bardzo zawziętych.

Ja zawzięty byłem i na podróż się zdecydowałem, mimo wielu przeszkód.

Były to czasy, kiedy paliwo w Polsce już było drugie, ale jeszcze nie tak drogie jak dziś. Więc po szybkiej kalkulacji uznałem, iż nie opłaca mi się wybierać w taką podróż pociągiem, ani autobusem. Ani to tanie, ani wygodne, ani szybkie… A samochód? W samochodzie jest jednak ten luksus, że w razie potrzeby w każdej chwili można gdzieś przystanąć, czy to na kawę, czy na jakąś przekąskę, czy po prostu rozprostować kości. A mimo wysokich cen paliwa – przy dwóch podróżujących osobach wychodziło taniej.

Cały przejazd dokładnie zaplanowałem, obrałem możliwie najlepszą trasę, wszystko sobie rozpisałem (nie była to jeszcze era popularności map z GPS-em)… i ruszyłem na podbój Mazur.

Do przejechania miałem 650 km. Dużo? Mało? Nie brzmi tak źle, jak się jedzie autostradą, (a ja w przeciągu całej podróży jechałem może ze 40 km autostradą…) jednak po mizernych polskich drogach, to już istna tortura. Podróż zajęła mi…

…13 godzin!

Bo albo korki na drogach, albo jakiś wypadek, albo po prostu drogi były tak dziurawe, w tak kiepskiej formie, że nie dało się na nich rozpędzić. Pozostawało tylko powolne toczenie się pomiędzy kolejnymi wyrwami w jezdni.

Po 13 godzinach dotarłem na miejsce. Właściciel agroturystyki, w której miałem nocować, okazywał nie tyle współczucie, co ogromne zdziwienie… że nie wybrałem się do Chorwacji.

„Niby jest dalej, ale jedzie się pewnie tyle samo, a pogoda pewniejsza”

Ja jednak chciałem zobaczyć Mazury. Uwziąłem się. I zobaczyłem.

I nie żałuję. Bo to piękny region Polski, bardzo piękny.

Niestety region ten dużo traci poprzez kiepskie połączenia komunikacyjne. Bo jak ktoś ma jechać kupę godzin na Mazury, gdzie pogoda nie jest pewna, to pewnie wybierze coś w podobnych granicach czasu podróży, a o pewniejszej pogodzie. Miejscowi na tym dużo tracą, bo turystów jest coraz mniej. Rozmawiając z mężczyzną wynajmującym kajaki na Krutyni (wspaniały szlak wodny!), dowiedziałem się, że to co zarobią latem ledwie starcza na utrzymanie, bo w końcu trzeba coś zaoszczędzić na lichą zimę.

Niektórzy narzekają, że Mazury nie mają atrakcji. Jednak nie jest to prawda. Bo miejscowi wręcz stają na głowie, żeby wymyślać coraz to ciekawsze atrakcje (np. wyciągi narciarskie!), by odnawiać stare zamki, by udostępniać ludziom coraz to piękniejsze szlaki…

…tylko co z tego, skoro te cholerne polskie drogi wszystko niszczą? Bo współczesny człowiek to człowiek wygodny, kilkunastogodzinna jazda samochodem przez ten kraj to istna męczarnia tylko dla najbardziej wytrwałych. Tych jest coraz mniej… więc i turystów gotowych na podróż na Mazury jest coraz mniej.

A szkoda, bo Mazury to naprawdę piękna kraina.

Tylko póki co – człowiek jedzie tam, by odpocząć nie tyle po pracy, co po… ciężkiej, niezwykle męczącej podróży.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Polska, Turystyka

 

Zima bielą oprószona

07 gru

Spadł śnieg.

 

Lubię jak pada śnieg. Te grube, puszyste płatki śniegu.

Lubię jak robi się biało – i pola, lasy, łąki, pagórki i góry bieleją w blasku zimowego słońca.

Pod tym względem Polska jest pięknym krajem. O tej porze roku widziałem już wiele miejsc w kraju nad Wisłą – ciężko mi powiedzieć, które z nich jest najpiękniejsze, ale wiem na pewno, że chciałbym zimą zobaczyć Mazury. Byłem tam latem i mnie zachwyciły. Jedno z najpiękniejszy miejsc Europy! Ale jak wyglądają zimą? Muszą być niesamowite, ten pagórkowaty teren z dolinami poprzecinanymi jeziorami i lasami. Pewnie i Bieszczady (też widziałem latem) muszą wyglądać niesamowicie w zimowej szacie. A i chętnie ujrzałbym wybrzeże – choćby Gdańsk i Hel – upstrzone mrozem i śniegiem. Szkoda tylko, że do tych wszystkich miejsc mam daleko, gdyż jestem mieszkańcem Dolnego Śląska. Choć i tu, w krainie setek pałaców i zamków, nie brak mi atrakcji…

 

W jakie miejsca zabralibyście zimą obcokrajowca, by zauroczyć go Waszą piękną ojczyzną?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Polska

 

MSZ nie ma jaj

02 gru
MSZ nie ma jaj
Kiedy 30 października 2012 roku podczas konferencji naukowej pt. „Portugalia a Holokaust; uczyć się z przeszłości, nauczać na przyszłość” niejaki Ehud Gol (ambasador Izraela w Lizbonie) głośno i wyraźnie obarczył naród portugalski winą i napętnował za współudział w eksterminacji ludności żydowskiej podczas II wojny światowej – miejscowe MSZ zareagowało natychmiastowo. Ehud Gol został wezwany do wyjaśnień i przeprosin za krzywdzące słowa wobec tego iberyjskiego kraju. Reakcja – w moim odczuciu – jak najbardziej słuszna i odpowiednia.
Tymczasem polskie MSZ? Kiedy Barack Obama mówi o „polskich obozach zagłady”, czyli o Auschwitz-Birkenau i jemu podobnych, kiedy prasa niemiecka taka jak chociażby „Der Spiegel”, „Bild”, „Stern”, „Focus” niemiecki oddział Reuters i cała masa innych mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”, kiedy poczytne tytuły „New York Times”, „New York Daily News”, brytyjski „The Guardian”, czy też „The Australian” używają określeń typu „Polish concentration camps”, „Polish Holocaust”, bądź „Polish death camp” w odniesieniu do nazistowskich mordowni w Oświęcimiu, Brzezince, Sztutowie i innych… Kiedy argentyński portal branży producentów mięsa komentuje odrzucenie przez Trybunał Konstytucyjny możliwości przeprowadzania rytualnego uboju (abstrahujmy już od tego, czy słusznie, czy nie, czy z korzyścią dla polskiej gospodarki czy nie) słowami typu: „jedynie Stalin wiedział jak postępować z Polakami” albo „Fałszywi miłośnicy zwierząt pognali cztery miliony Żydów do obozów śmierci”, bądź wreszcie że to Polacy „wymyślili getta na 100 lat przed Hitlerem”… polskie MSZ milczy. Chowa głowę w piasek!!! Nie komentuje, nie wymaga wyjaśnień, nie żąda przeprosin.
A to przecież państwa takie jak Argentyna bardzo chętnie przyjmowały po wojnie największych niemieckich zbrodniarzy, którzy posłali „4 miliony Żydów do obozów śmierci”.
Ale po co się wychylać i komuś się narażać? Po co wymagać wyjaśnień, po co brać przykład choćby z takiej Portugalii? Lepiej przyjąć wszystko na własne sumienie, lepiej wziąć wszystko na siebie i jakoś przetrwać… z czyimiś grzechami na karku.
Nie! Stop! Ministerstwo spraw Zagranicznych to instytucja, która powinna bronić dobrego imienia Państwa, dla którego służy, Narodu, który reprezentuje. MSZ powinno być silne i stanowczo opierać się przed kłamliwymi atakami w kierunku ojczyzny. Tak jest wszędzie na świecie, tylko chyba nie w Polsce…
W Polsce lepiej podniecać sie tym, że żona ministra Sikorskiego przyjmuje polskie obywatelstwo. Jakby to miało jakieś większe znaczenie. Dokładnie takie samo, jak przyjęcie obywatelstwa przez Olisadebe czy Rogera, którzy w polskiej piłce nożnej już nie istnieją (a istnieli tylko chwilowo). CZYLI ŻADNE ZNACZENIE!!!
Polacy traktują swoje Ministerstwa jako „zarobek” bez niepotrzebnych spięć i stresów, a powinni traktować jako „służbę”. I dopóki to się nie zmieni – również w tym pięknym kraju nic nie pójdzie ni krok do przo

Kiedy 30 października 2012 roku podczas konferencji naukowej pt. „Portugalia a Holokaust; uczyć się z przeszłości, nauczać na przyszłość” niejaki Ehud Gol (ambasador Izraela w Lizbonie) głośno i wyraźnie obarczył naród portugalski winą i napiętnował za współudział w eksterminacji ludności żydowskiej podczas II wojny światowej – miejscowe MSZ zareagowało natychmiastowo. Ehud Gol został wezwany do wyjaśnień i przeprosin za krzywdzące słowa wobec tego iberyjskiego kraju. Reakcja – w moim odczuciu – jak najbardziej słuszna i odpowiednia.

 
Tymczasem polskie MSZ? Kiedy Barack Obama mówi o „polskich obozach zagłady”, czyli o Auschwitz-Birkenau i jemu podobnych, kiedy prasa niemiecka taka jak chociażby „Der Spiegel”, „Bild”, „Stern”, „Focus” niemiecki oddział Reuters i cała masa innych mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”, kiedy poczytne tytuły „New York Times”, „New York Daily News”, brytyjski „The Guardian”, czy też „The Australian” używają określeń typu „Polish concentration camps”, „Polish Holocaust”, bądź „Polish death camp” w odniesieniu do nazistowskich mordowni w Oświęcimiu, Brzezince, Sztutowie i innych… Kiedy argentyński portal branży producentów mięsa komentuje odrzucenie przez Trybunał Konstytucyjny możliwości przeprowadzania rytualnego uboju (abstrahujmy już od tego, czy słusznie, czy nie, czy z korzyścią dla polskiej gospodarki czy nie) słowami typu: „jedynie Stalin wiedział jak postępować z Polakami” albo „Fałszywi miłośnicy zwierząt pognali cztery miliony Żydów do obozów śmierci”, bądź wreszcie że to Polacy „wymyślili getta na 100 lat przed Hitlerem”… polskie MSZ milczy. Chowa głowę w piasek!!! Nie komentuje, nie wymaga wyjaśnień, nie żąda przeprosin.
A to przecież państwa takie jak Argentyna bardzo chętnie przyjmowały po wojnie największych niemieckich zbrodniarzy, którzy posłali „4 miliony Żydów do obozów śmierci”.

 
Ale po co się wychylać i komuś się narażać? Po co wymagać wyjaśnień, po co brać przykład choćby z takiej Portugalii? Lepiej przyjąć wszystko na własne sumienie, lepiej wziąć wszystko na siebie i jakoś przetrwać… z czyimiś grzechami na karku.

 
Nie! Stop! Ministerstwo spraw Zagranicznych to instytucja, która powinna bronić dobrego imienia Państwa, dla którego służy, Narodu, który reprezentuje. MSZ powinno być silne i stanowczo opierać się przed kłamliwymi atakami w kierunku ojczyzny. Tak jest wszędzie na świecie, tylko chyba nie w Polsce…

 

W Polsce lepiej podniecać się tym, że żona ministra Sikorskiego przyjmuje polskie obywatelstwo. Jakby to miało jakieś większe znaczenie. Dokładnie takie samo, jak przyjęcie obywatelstwa przez Olisadebe czy Rogera, którzy w polskiej piłce nożnej już nie istnieją (a istnieli tylko chwilowo). CZYLI ŻADNE ZNACZENIE!!!

 
Polacy traktują swoje Ministerstwa jako „łatwy zarobek” bez niepotrzebnych spięć i stresów, a powinni traktować jako „służbę”. I dopóki to się nie zmieni – również w tym pięknym kraju nic nie pójdzie ni krok do przodu.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Polacy, Polityka, Polska