RSS
 

Archiwum - Listopad, 2012

Lektury szkolne są ciężkie

28 lis

Polacy są w ogonie Europy, jeśli chodzi o czytelnictwo. Dlaczego tak się dzieje?

Dla mnie odpowiedź jest prosta. Polskie szkoły katują młodzież ciężkimi lekturami, przez które można tylko zrazić się do czytania, więc i na starość niechętnie sięgają po tego typu rozrywki. Bo „wiedzą” czym to śmierdzi.

A jeśli mówię o „ciężkości” tych lektur, to nie chodzi mi o grubość i wagę książek. Raczej o zawartość.

Ja wiem, że polska tradycja mówi, że „Krzyżaków”, czy „W pustyni i w puszczy” przeczytać trzeba. Znam nawet jednego człowieka, który jest fanem tego drugiego tytułu. Ale bądźmy szczerzy: Sienkiewicza czyta się ciężko, bardzo ciężko, więc przymuszanie dzieci do tego, by zapoznały się z treścią tych dwu książek to torturowanie ich. One tego nie zapomną i na pewno rynkowi wydawniczemu na przyszłość się odwdzięczą – nie czytając zupełnie nic.

 

Szkoły powinny zastanowić się nad tym, co każą czytać swoim uczniom. Książki powinny być nie tylko wartościowe artystycznie, moralnie, powinny być nie tylko pouczające, ale i ciekawe, zachęcające do dalszej lektury innych pozycji. A nie tylko kolejni tragiczni bohaterowie, nie tylko kolejne rozważania nad cierpieniem zakochanego chłopca, czy narzekania na utraconą ojczyzną. Jeszcze do tego „Gloria Victis” i chwalenie zwyciężonych. Polacy, bądźcie wreszcie narodem zwycięzców! Chwalcie tych co wygrali, a nie tych co polegli! I zmieńcie lektury… będziecie wówczas najbardziej oczytanym narodem zwycięzców w Europie.

 

P.S.

Lem, czy Sapkowski, a nawet Dukaj i jego fantastyczny wręcz „Lód” to według mnie doskonali kandydaci na to, aby wyprzeć ze szkół kilka ciężkich lektur.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Edukacja

 

Polskie? Fuj!

23 lis

Szczerze powiedziawszy, nie lubię chodzić do większych marketów. Głównie chyba dlatego, że nie lubię tłoków, choć co prawda, w Polsce nie ma z tym jeszcze takiego problemu. Jednak od czasu do czasu, z uwagi na niższe ceny, na większy wybór i/lub większe zakupy, jakich dokonuję, jestem zmuszony się tam wybierać. I ciągle nie mogę przestać się dziwić (choć chyba już dawno powinienem się przyzwyczaić) jednej, pewnej rzeczy, jaką tam zawsze zastaję.

 

Kiedy pierwszy raz przybyłem do Polski i poszedłem do marketu, wybierałem się tam z myślą, że kupię sobie polski produkt – tak dla spróbowania. Tyle się nasłuchałem o jakości polskiej żywności (i nie mówię tu o kuchni polskiej, co raczej o produktach i półproduktach). Tylko, że jak z nadzieją ruszyłem między sklepowe półki i spojrzałem na znajdujące się na niej opakowania, doznałem istnego szoku: Danone, Mars, Nestle, Jacobs, Lipton, Lays, Dilmah… która z nich to marka miejscowa?

 

Pytam Polaka, który robił w pobliżu zakupy, o pomoc, ale ten szczerze powiedziawszy miał ogromny problem, żeby wskazać mi coś typowo MADE IN POLAND. Szok! Dla mnie to szok!

Przykładowo, w Anglii, tak przynajmniej wynika z moich obserwacji, 80% produktów na półkach sklepowych to produkty miejscowe. Reszta to produkty sprowadzane spoza Wysp (mówię o marketach, a nie małych shopach, gdzie np. hindusi sprowadzają różne produkty, z różnych części świata). W Anglii promuje się swoje produkty „pij mleko z brytyjskiej krowy”. A w Polsce? Kiedyś, pamiętam, była w polskiej telewizji reklama „Pizzy staropolskiej”. Nie wiem, może nie znam wystarczająco dobrze historii Polski, ale nigdy bym nie powiedział, że pizza to staropolskie, szlacheckie danie…

 

Wybaczcie, że znów nawiążę do Anglii – ale w Europie jest to ten kraj, w którym liberalizm (i patriotyzm) jako tako w wielu dziedzinach jeszcze się broni. Teraz powiedzcie mi, jakie auta jeżdżą po brytyjskich ulicach? Tak, tak, nowe, drogie, luksusowe… ale bardziej mi chodziło po prostu o markę… Vauxhall. Oczywiście dzisiaj robi ona kopie samochodów Opel, bo na parkingach możemy spotkać np. Vauxhall Vectra, czy Vauxhall Corsa. Ale jednak jest to brytyjska marka (założona w Londynie w 1857 r.) i produkuje w miejscowych fabrykach, dając miejscowej ludności pracę.

 

Pewnym wytłumaczeniem sytuacji w polskich marketach może być fakt, że są to markety zagraniczne. A im nie zależy na lokalnym patriotyzmie, lecz na zysku. Liczą się liczby. I w biznesie jest to normalne. A markety to biznes.

 

Jako liberał nie mogę mieć do nich o to żalu. Ale mogę mieć żal do polskich władz, które stosują nierówną politykę wobec takich firm, dając przybyszom zza granicy duże zniżki i ulgi, a rozkradając ambitnych, polskich przedsiębiorców. A polski przedsiębiorca mógłby się kierować lokalnym patriotyzmem i promować lokalne produkty.

 

I w przypadkach, takich jak miał miejsce np. w Środzie Śląskiej koło Wrocławia, gdzie Coca Cola dostała za pół-darmo teren, a dziś, nie mając już tam produkcji, nie chce oddać na tych samych warunkach terenu, lecz żąda sowitej zapłaty, nie mogę uznać winną Coca Coli. Ona liczy zyski. To polskie władze się sfrajerzyły. To one są winne takiej sytuacji. Bo ja osobiście wolałbym, żeby w Polsce panował większy liberalizm, większa wolność gospodarcza, było mniej podatków, aby w Polsce ludzie ambitni, pracowici, pomysłowi mogli realizować swoje marzenia, plany i koncepcje. Tak, aby nie pożerał ich ZUS. Tak, aby polska gospodarka rozwijała się w oparciu o polskie produkty, bo to właśnie stanowi o sile tej gospodarki.

 

Poza tym, postawcie się w moim miejscu. Czy po to przyjechałem z daleka do Polski i uczyłem się Waszego trudnego języka, żeby na miejscu zajadać się Laysami, Danonkami, frytkami i Pepsi, by z zadowoleniem mówić „Poland is OK”?

Szczerze powiedziawszy, nie lubię chodzić do większych marketów. Głównie chyba dlatego, że nie lubię tłoków, choć co prawda, w Polsce nie ma z tym jeszcze takiego problemu. Jednak od czasu do czasu, z uwagi na niższe ceny, na większy wybór i/lub większe zakupy, jakich dokonuję, jestem zmuszony się tam wybierać. I ciągle nie mogę przestać się dziwić (choć chyba już dawno powinienem się przyzwyczaić) jednej, pewnej rzeczy, jaką tam zawsze zastaję.
Kiedy pierwszy raz przybyłem do Polski i poszedłem do marketu, wybierałem się tam z myślą, że kupię sobie polski produkt – tak dla spróbowania. Tyle się nasłuchałem o jakości polskiej żywności (i nie mówię tu o kuchni polskiej, co raczej o produktach i półproduktach). Tylko, że jak z nadzieją ruszyłem między sklepowe półki i spojrzałem na znajdujące się na niej opakowania, doznałem istnego szoku: Danone, Mars, Nestle, Jacobs, Lipton, Lays, Dilmah… która z nich to marka miejscowa?
Pytam Polaka, który robił w pobliżu zakupy, o pomoc, ale ten szczerze powiedziawszy miał ogromny problem, żeby wskazać mi coś typowo MADE IN POLAND. Szok! Dla mnie to szok!
Przykładowo, w Anglii, tak przynajmniej wynika z moich obserwacji, 80% produktów na półkach sklepowych to produkty miejscowe. Reszta to produkty sprowadzane spoza Wysp (mówię o marketach, a nie małych shopach, gdzie np. hindusi sprowadzają różne produkty, z różnych części świata). W Anglii promuje się swoje produkty „pij mleko z brytyjskiej krowy”. A w Polsce? Kiedyś, pamiętam, była w polskiej telewizji reklama „Pizzy staropolskiej”. Nie wiem, może nie znam wystarczająco dobrze historii Polski, ale nigdy bym nie powiedział, że pizza to staropolskie, szlacheckie danie…
Wybaczcie, że znów nawiążę do Anglii – ale w Europie jest to ten kraj, w którym liberalizm (i patriotyzm) jako tako w wielu dziedzinach jeszcze się broni. Teraz powiedzcie mi, jakie auta jeżdżą po brytyjskich ulicach? Tak, tak, nowe, drogie, luksusowe… ale bardziej mi chodziło po prostu o markę… Vauxhall. Oczywiście dzisiaj robi ona kopie samochodów Opel, bo na parkingach możemy spotkać np. Vauxhall Vectra, czy Vauxhall Corsa. Ale jednak jest to brytyjska marka (założona w Londynie w 1857 r.) i produkuje w miejscowych fabrykach, dając miejscowej ludności pracę.
Pewnym wytłumaczeniem sytuacji w polskich marketach może być fakt, że są to markety zagraniczne. A im nie zależy na lokalnym patriotyzmie, lecz na zysku. Liczą się liczby. I w biznesie jest to normalne. A markety to biznes.
Jako liberał nie mogę mieć do nich o to żalu. Ale mogę mieć żal do polskich władz, które stosują nierówną politykę wobec takich firm, dając przybyszom zza granicy duże zniżki i ulgi, a rozkradając ambitnych, polskich przedsiębiorców. A polski przedsiębiorca mógłby się kierować lokalnym patriotyzmem i promować lokalne produkty.
I w przypadkach, takich jak miał miejsce np. w Środzie Śląskiej koło Wrocławia, gdzie Coca Cola dostała za pół-darmo teren, a dziś, nie mając już tam produkcji, nie chce oddać na tych samych warunkach terenu, lecz żąda sowitej zapłaty, nie mogę uznać winną Coca Coli. Ona liczy zyski. To polskie władze się sfrajerzyły. To one są winne takiej sytuacji. Bo ja osobiście wolałbym, żeby w Polsce panował większy liberalizm, większa wolność gospodarcza, było mniej podatków, aby w Polsce ludzie ambitni, pracowici, pomysłowi mogli realizować swoje marzenia, plany i koncepcje. Tak, aby nie pożerał ich ZUS. Tak, aby polska gospodarka rozwijała się w oparciu o polskie produkty, bo to właśnie stanowi o sile tej gospodarki.
Poza tym, postawcie się w moim miejscu. Czy po to przyjechałem z daleka do Polski i uczyłem się Waszego trudnego języka, żeby na miejscu zajadać się Laysami, Danonkami, frytkami i Pepsi, by z zadowoleniem mówić „Poland is OK”?Szczerze powiedziawszy, nie lubię chodzić do większych marketów. Głównie chyba dlatego, że nie lubię tłoków, choć co prawda, w Polsce nie ma z tym jeszcze takiego problemu. Jednak od czasu do czasu, z uwagi na niższe ceny, na większy wybór i/lub większe zakupy, jakich dokonuję, jestem zmuszony się tam wybierać. I ciągle nie mogę przestać się dziwić (choć chyba już dawno powinienem się przyzwyczaić) jednej, pewnej rzeczy, jaką tam zawsze zastaję.
Kiedy pierwszy raz przybyłem do Polski i poszedłem do marketu, wybierałem się tam z myślą, że kupię sobie polski produkt – tak dla spróbowania. Tyle się nasłuchałem o jakości polskiej żywności (i nie mówię tu o kuchni polskiej, co raczej o produktach i półproduktach). Tylko, że jak z nadzieją ruszyłem między sklepowe półki i spojrzałem na znajdujące się na niej opakowania, doznałem istnego szoku: Danone, Mars, Nestle, Jacobs, Lipton, Lays, Dilmah… która z nich to marka miejscowa?
Pytam Polaka, który robił w pobliżu zakupy, o pomoc, ale ten szczerze powiedziawszy miał ogromny problem, żeby wskazać mi coś typowo MADE IN POLAND. Szok! Dla mnie to szok!
Przykładowo, w Anglii, tak przynajmniej wynika z moich obserwacji, 80% produktów na półkach sklepowych to produkty miejscowe. Reszta to produkty sprowadzane spoza Wysp (mówię o marketach, a nie małych shopach, gdzie np. hindusi sprowadzają różne produkty, z różnych części świata). W Anglii promuje się swoje produkty „pij mleko z brytyjskiej krowy”. A w Polsce? Kiedyś, pamiętam, była w polskiej telewizji reklama „Pizzy staropolskiej”. Nie wiem, może nie znam wystarczająco dobrze historii Polski, ale nigdy bym nie powiedział, że pizza to staropolskie, szlacheckie danie…
Wybaczcie, że znów nawiążę do Anglii – ale w Europie jest to ten kraj, w którym liberalizm (i patriotyzm) jako tako w wielu dziedzinach jeszcze się broni. Teraz powiedzcie mi, jakie auta jeżdżą po brytyjskich ulicach? Tak, tak, nowe, drogie, luksusowe… ale bardziej mi chodziło po prostu o markę… Vauxhall. Oczywiście dzisiaj robi ona kopie samochodów Opel, bo na parkingach możemy spotkać np. Vauxhall Vectra, czy Vauxhall Corsa. Ale jednak jest to brytyjska marka (założona w Londynie w 1857 r.) i produkuje w miejscowych fabrykach, dając miejscowej ludności pracę.
Pewnym wytłumaczeniem sytuacji w polskich marketach może być fakt, że są to markety zagraniczne. A im nie zależy na lokalnym patriotyzmie, lecz na zysku. Liczą się liczby. I w biznesie jest to normalne. A markety to biznes.
Jako liberał nie mogę mieć do nich o to żalu. Ale mogę mieć żal do polskich władz, które stosują nierówną politykę wobec takich firm, dając przybyszom zza granicy duże zniżki i ulgi, a rozkradając ambitnych, polskich przedsiębiorców. A polski przedsiębiorca mógłby się kierować lokalnym patriotyzmem i promować lokalne produkty.
I w przypadkach, takich jak miał miejsce np. w Środzie Śląskiej koło Wrocławia, gdzie Coca Cola dostała za pół-darmo teren, a dziś, nie mając już tam produkcji, nie chce oddać na tych samych warunkach terenu, lecz żąda sowitej zapłaty, nie mogę uznać winną Coca Coli. Ona liczy zyski. To polskie władze się sfrajerzyły. To one są winne takiej sytuacji. Bo ja osobiście wolałbym, żeby w Polsce panował większy liberalizm, większa wolność gospodarcza, było mniej podatków, aby w Polsce ludzie ambitni, pracowici, pomysłowi mogli realizować swoje marzenia, plany i koncepcje. Tak, aby nie pożerał ich ZUS. Tak, aby polska gospodarka rozwijała się w oparciu o polskie produkty, bo to właśnie stanowi o sile tej gospodarki.
Poza tym, postawcie się w moim miejscu. Czy po to przyjechałem z daleka do Polski i uczyłem się Waszego trudnego języka, żeby na miejscu zajadać się Laysami, Danonkami, frytkami i Pepsi, by z zadowoleniem mówić „Poland is OK”?
 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Gospodarka, Polacy

 

Polska a emisja CO2

16 lis

Nawiązując nieco do obecnej polityki i sytuacji Polski, chciałbym powiedzieć kilka słów na temat handlu gazami cieplarnianymi (dwutlenek węgla), na temat zmniejszenia ich emisji oraz związanych z tym kosztów.
Sądzę, że odpowiedź na to, czy Polska powinna godzić się na radykalne cięcia emisji dwutlenku węgla zawiera się w tym, co powiedział kiedyś Milton Friedman:
Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, które kraje zachodnie stosowały, gdy były tak biedne, jak Polska.
Czy Niemcy bądź Francja wprowadzały tak radykalne i kosztowne cięcia emisji gazów cieplarnianych w czasach, gdy były na takim samym poziomie jak dzisiejsza Polska? Nie. Więc skoro sami nie byli tacy dobrzy (i nie było ich na to stać), niech więc Polski nie namawiają do tego samego.
Polski, a właściwie Polaków (bo to oni przede wszystkim zapłacą za to poprzez podatki i podwyżkę cen energii) na to nie stać! Polska jest kilkadziesiąt lat do tyłu w stosunku do krajów zachodniej Europy.
Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, czy ograniczenie produkcji dwutlenku węgla wpłynie na poprawę jakości klimatu? Przecież ten się zmienia regularnie na przestrzeni dziejów Ziemi, od milionów lat – raz jest gorącym, innym razem następuje epoka lodowcowa. To wszystko zależne jest od ruchów tektonicznych (na które człowiek w żaden sposób nie ma wpływu), od procesów kosmicznych takich jak cykle Milankovica (na które również człowiek nie ma wpływu)… Księżyc z każdym rokiem oddala się od Ziemi o kolejne 3 cm, Słońce ma różną aktywność, raz większą, raz mniejszą… Czy możemy to zmienić? Nie potrafimy powstrzymać nawet wybuchu wulkanu, który wytwarza niewiarygodne ilości dwutlenku węgla, przy których produkcja cywilizacji ludzkiej wygląda marnie, a chcemy „zatrzymać” cały klimat?
Polski nie stać na takie fantazje. Powiedzmy to sobie szczerze. Polska to kraj piękny, ale biedny.
P.S.
Warto wspomnieć o raporcie UBS Investment Research z końca zeszłego roku, który jasno stwierdził, że koszt ETS (europejski system handlu emisjami dwutlenku węgla) wyniósł dotychczas 287 miliardów dolarów, a jego wpływ na ograniczenie emisji był „bliski zeru”.
Licząc, że UE liczy 500 mln mieszkańców daje to około 570 dolarów na głowę. Czyli standardowa 4-osobowa rodzina dorzuciła się do bezsensownego pomysłu politykierów UE prawie 2.300 dolarów, co przy dzisiejszym kursie walut daje ponad 7.400 zł na rodzinę.
7.400 zł wywalonych w błoto!
A Ty jak byś wykorzystał te pieniądze? Na pewno mądrzej niż Komisja Europejska, która „dba o Twoje dobro”.

Nawiązując nieco do obecnej polityki i sytuacji Polski, chciałbym powiedzieć kilka słów na temat handlu gazami cieplarnianymi (dwutlenek węgla), na temat zmniejszenia ich emisji oraz związanych z tym kosztów.
Sądzę, że odpowiedź na to, czy Polska powinna godzić się na radykalne cięcia emisji dwutlenku węgla zawiera się w tym, co powiedział kiedyś Milton Friedman:

 

Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, które kraje zachodnie stosowały, gdy były tak biedne, jak Polska.

 

Czy Niemcy bądź Francja wprowadzały tak radykalne i kosztowne cięcia emisji gazów cieplarnianych w czasach, gdy były na takim samym poziomie jak dzisiejsza Polska? Nie. Więc skoro sami nie byli tacy dobrzy (i nie było ich na to stać), niech więc Polski nie namawiają do tego samego.

 

Polski, a właściwie Polaków (bo to oni przede wszystkim zapłacą za to poprzez podatki i podwyżkę cen energii) na to nie stać! Polska jest kilkadziesiąt lat do tyłu w stosunku do krajów zachodniej Europy.

 

Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, czy ograniczenie produkcji dwutlenku węgla wpłynie na poprawę jakości klimatu? Przecież ten się zmienia regularnie na przestrzeni dziejów Ziemi, od milionów lat – raz jest gorącym, innym razem następuje epoka lodowcowa. To wszystko zależne jest od ruchów tektonicznych (na które człowiek w żaden sposób nie ma wpływu), od procesów kosmicznych takich jak cykle Milankovica (na które również człowiek nie ma wpływu)… Księżyc z każdym rokiem oddala się od Ziemi o kolejne 3 cm, Słońce ma różną aktywność, raz większą, raz mniejszą… Czy możemy to zmienić? Nie potrafimy powstrzymać nawet wybuchu wulkanu, który wytwarza niewiarygodne ilości dwutlenku węgla, przy których produkcja cywilizacji ludzkiej wygląda marnie, a chcemy „zatrzymać” cały klimat?

 

Polski nie stać na takie fantazje. Powiedzmy to sobie szczerze. Polska to kraj piękny, ale biedny.

 

 

P.S.

Warto wspomnieć o raporcie UBS Investment Research z końca zeszłego roku, który jasno stwierdził, że koszt ETS (europejski system handlu emisjami dwutlenku węgla) wyniósł dotychczas 287 miliardów dolarów, a jego wpływ na ograniczenie emisji był „bliski zeru”.

 

Licząc, że UE liczy 500 mln mieszkańców daje to około 570 dolarów na głowę. Czyli standardowa 4-osobowa rodzina dorzuciła się do bezsensownego pomysłu politykierów UE prawie 2.300 dolarów, co przy dzisiejszym kursie walut daje ponad 7.400 zł na rodzinę.

 

7.400 zł wywalonych w błoto!

 

A Ty jak byś wykorzystał te pieniądze? Na pewno mądrzej niż Komisja Europejska, która „dba o Twoje dobro”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polityka, Polska

 

Polskie pojęcie patriotyzmu

12 lis

No i jesteśmy po kolejnym marszu z okazji Święta Niepodległości, jakie w Polsce przypada na dzień 11 listopada. Telewizje, podobnie jak rok temu, szumią o zadymach i rozróbach, choć jak pokazują relacje świadków i niezależne media (rok temu i dziś), sam marsz przebiegał znacznie spokojniej niż ten pokazywany w telewizji. Zresztą trzeba przyznać, że kordony policji, wybuchy fajerwerków, flesze świateł, błyski rac… wszystko to wygląda efektownie (i „strasznie”) na ekranach telewizorów. Ale czy tak jest w rzeczywistości? Ja miałem okazję trafić na analogiczny do warszawskiego marsz w rynku Wrocławskim. Też były race, wybuchy petard, pochodnie… i raczej powiedziałbym, że wyglądało to dość sympatycznie niż groźnie, ale to oczywiście zależy od podejścia człowieka i jego nastawienia. Jak ktoś jest negatywnie nastawiony, to nawet z motyla zrobi paskudną muchę tse-tse.

 

Wszelkie akcje typu: „blokujmy marsz” mnie śmieszą, bo pokazują jakimi antagonistami są Polacy. Udowadniają, że gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie…

 

Osobiście nie sympatyzuję z organizatorami marszów – typu ONR i MW, choćby z racji ich lewicowych gospodarczo poglądów. Ja jestem liberałem. Uznaję gospodarkę wolnorynkową w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie w rozumieniu „polskim”, bo w kraju nad Wisłą nie ma prawdziwego wolnego rynku, choć bębni się o tym od wielu lat.

 

Uważam jednak, że patriotyzm jest zdrowy. I tutaj jest miejsce na dyskusję nad polskim patriotyzmem i rozumieniem słowa „nacjonalizm”. Większość Polaków, na pytanie o nacjonalistów, ma w głowie obraz wygolonego na łyso skinhead`a, z bejsbolem w ręku i swastyką wytatuowaną na karku. Czyli nacjonalizm kojarzony jest jednoznacznie źle.

 

Tymczasem na zachodzie (który tak bardzo „postępowi” Polacy chcą naśladować) słowo „nacjonalizm” rozumiane jest w pozytywnym znaczeniu. Nacjonalista to człowiek, który kocha swój kraj, swoją ojczyznę, to człowiek, który o ten kraj dba, o jego wizerunek. To człowiek, który nie kala dobrego imienia ojczyzny!

 

Nie róbmy ze wszystkich nacjonalistów jakichś faszystów, nazistów, hitlerowców… Ja się czuję wobec swojej ojczyzny nacjonalistą (patriotą), a wcale nie mam poglądów faszystowskich, czy narodowo-socjalistycznych, jestem liberałem, może nieco konserwatywnym, ale liberałem! Czyli dbam o wolność ludzi, a nie myślę o więzieniu ich przez Gestapo, czy SS z racji poglądów czy koloru skóry. Polacy, obudźcie się, zrozumcie sens i znaczenie słów, których używacie w swoim pięknym języku! Bo rzucacie sloganami, które są puste, a wasze rozumienie znaczenia niektórych słów jest obce… nawet dla obcokrajowca.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Polacy

 

Polska Deklaracja Wolności?

05 lis
Właśnie przejrzałem Deklarację Polityczną niejakiej Partii Libertariańskiej, która swoich sił próbuje na arenie polskiej polityki. Cóż, przyznam, że dokument bardzo mnie zainteresował, głównie z racji swoich prowolnościowych rozwiązań i propozycji. Właściwie, czy aby na pewno są to „rozwiązania” w pełnym tego słowa znaczeniu? Partia Libertariańska proponuje przecież „uwolnienie” wszelkich sfer życia, czyli daje ludziom możliwość decydowania wedle własnego osobistego sumienia po jakie rozwiązania dana osoba sięgnie w konkretnej sprawie.
PL wydaje się jednak być niezdecydowana co do kwestii życia ludzkiego – gł. aborcji i eutanazji. A może by tak w duchu całej deklaracji napisać nie to, iż każdy poseł powinien głosować wedle własnego przekonania w tych sprawach, a raczej to, że państwo nie zajmuje się takimi sprawami, a decyzja w sprawie aborcji czy eutanazji powinna być wolnym wyborem każdego człowieka? Oczywiście byłby to zapis kontrowersyjny, mocny, dla niektórych agresywny w stosunku do ludzkiego życia… Bo tu już cała istota problemu rozbija się o jedno proste stwierdzenie – kiedy zaczyna się ludzkie życie (czy z momentem poczęcia?), kiedy powstaje ludzka istota… która powinna mieć WOLNE prawo do dokonywania wyborów na temat własnego życia. No i rodzi się tu drugie pytanie – czy ewentualnie taki zakres wolności nie jest już… anarchią lub systemem anarchopodobnym?
Muszę przyznać, że zaintrygował mnie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) zapis dotyczący „przestępstw bez ofiar”, a właściwie likwidacji tego typu przepisów prawa z polskich kodeksów. Z pewnością poszerzyłoby to zakres wolności mieszkańców kraju nad Wisłą. Czy jednak są oni to w stanie zrozumieć, czy tego chcą?
Wreszcie też spotkałem się z prawdziwie wolnościową partią (nie jakąś tam poskomunistyczną SLD, czy niewiele od niej lepszy Ruch Palikota), która mówi o konkordacie i równości wszystkich wyznań! Dla mnie – jako dla człowieka, który nie wyznaje żadnej konkretnej wiary – bolesne jest to, że polskie prawodawstwo na przód wysuwa jeden konkretny Kościół (już mniejsza o to, jaka jest to wiara, po prostu chodzi o sam fakt).
Deklaracja Polityczna Partii Libertariańskiej to manifest wolności. Choć chyba jeszcze niedoprecyzowany. Ale mimo wszystko manifest pokazujący, że w kraju nad Wisłą żyją jeszcze ludzie, którzy pragną uwolnienia ojczyzny deptanej przez nadmierną biurokrację, podatki i kiepsko skonstruowane prawo. Jednak czy, aby na pewno PEŁNA wolność? Skoro pozostawiona zostaje furtka dla Unii Europejskiej, która z wolnością niewiele ma wspólnego…?
No i – co z polskimi tradycjami? Czy będą w jakiś sposób pielęgnowane, bądź kontynuowane? Choćby na tym poziomie, żeby rozróżnić Polaka libertarianina od Amerykanina libertarianina?
Będę jednak obserwował rozwój tej partii, życząc jej jak najlepszego na rynku polskiej polityki. Obiektywnie jednak rzecz biorąc, skoro nieco mniej prowolnościowe partie czy organizacje takie jak Nowa Prawica czy KoLiber, które namaszczone są również konserwatyzmem, nie znajdują sobie miejsca wśród polskiego społeczeństwa, które to ukochało sobie wysokie podatki, nadmierną biurokrację, demagogię, populizm i polityczne kłamstwo, to czy Partia Libertariańska ma jakiekolwiek szanse na poparcie większe niż… chociaż ten 1%?

Właśnie przejrzałem Deklarację Polityczną niejakiej Partii Libertariańskiej, która swoich sił próbuje na arenie polskiej polityki. Cóż, przyznam, że dokument bardzo mnie zainteresował, głównie z racji swoich prowolnościowych rozwiązań i propozycji. Właściwie, czy aby na pewno są to „rozwiązania” w pełnym tego słowa znaczeniu? Partia Libertariańska proponuje przecież „uwolnienie” wszelkich sfer życia, czyli daje ludziom możliwość decydowania wedle własnego osobistego sumienia po jakie rozwiązania dana osoba sięgnie w konkretnej sprawie.

 
PL wydaje się jednak być niezdecydowana co do kwestii życia ludzkiego – gł. aborcji i eutanazji. A może by tak w duchu całej deklaracji napisać nie to, iż każdy poseł powinien głosować wedle własnego przekonania w tych sprawach, a raczej to, że państwo nie zajmuje się takimi sprawami, a decyzja w sprawie aborcji czy eutanazji powinna być wolnym wyborem każdego człowieka? Oczywiście byłby to zapis kontrowersyjny, mocny, dla niektórych agresywny w stosunku do ludzkiego życia… Bo tu już cała istota problemu rozbija się o jedno proste stwierdzenie – kiedy zaczyna się ludzkie życie (czy z momentem poczęcia?), kiedy powstaje ludzka istota… która powinna mieć WOLNE prawo do dokonywania wyborów na temat własnego życia. No i rodzi się tu drugie pytanie – czy ewentualnie taki zakres wolności nie jest już… anarchią lub systemem anarchopodobnym?

 
Muszę przyznać, że zaintrygował mnie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) zapis dotyczący „przestępstw bez ofiar”, a właściwie likwidacji tego typu przepisów prawa z polskich kodeksów. Z pewnością poszerzyłoby to zakres wolności mieszkańców kraju nad Wisłą. Czy jednak są oni to w stanie zrozumieć, czy tego chcą?

 
Wreszcie też spotkałem się z prawdziwie wolnościową partią (nie jakąś tam poskomunistyczną SLD, czy niewiele od niej lepszy Ruch Palikota), która mówi o konkordacie i równości wszystkich wyznań! Dla mnie – jako dla człowieka, który nie wyznaje żadnej konkretnej wiary – bolesne jest to, że polskie prawodawstwo na przód wysuwa jeden konkretny Kościół (już mniejsza o to, jaka jest to wiara, po prostu chodzi o sam fakt).

 
Deklaracja Polityczna Partii Libertariańskiej to manifest wolności. Choć chyba jeszcze niedoprecyzowany. Ale mimo wszystko manifest pokazujący, że w kraju nad Wisłą żyją jeszcze ludzie, którzy pragną uwolnienia ojczyzny deptanej przez nadmierną biurokrację, podatki i kiepsko skonstruowane prawo. Jednak czy, aby na pewno PEŁNA wolność? Skoro pozostawiona zostaje furtka dla Unii Europejskiej, która z wolnością niewiele ma wspólnego…

 
No i – co z polskimi tradycjami? Czy będą w jakiś sposób pielęgnowane, bądź kontynuowane? Choćby na tym poziomie, żeby rozróżnić Polaka libertarianina od Amerykanina libertarianina?

 
Będę jednak obserwował rozwój tej partii, życząc jej jak najlepszego na rynku polskiej polityki. Obiektywnie jednak rzecz biorąc, skoro nieco mniej prowolnościowe partie czy organizacje takie jak Nowa Prawica czy KoLiber, które namaszczone są również konserwatyzmem, nie znajdują sobie miejsca wśród polskiego społeczeństwa, które to ukochało sobie wysokie podatki, nadmierną biurokrację, demagogię, populizm i polityczne kłamstwo, to czy Partia Libertariańska ma jakiekolwiek szanse na poparcie większe niż… chociaż ten 1%?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Polacy, Polityka

 

UE broni sztuki?

04 lis
Komisja Europejska stanęła w obronie Adama „Nergala” Darskiego, który wedle polskiego Sądu Najwyższego obraził uczucia religijne wielu katolików, drąc na scenie koncertowej Behemtoha ich świętą księgę – Biblię. Na nic się zdają tłumaczenia, że było to widowisko artystyczne, niewiele warte są również tłumaczenia, że na koncert szli ludzie, którzy musieli liczyć się z takim, a nie innym zachowaniem lidera tej grupy death metalowej. W końcu taka jest tematyka tego rodzaju muzyki.
Lubię Behemotha. Nawet bardzo.
Nienawidzę Unii Europejskiej. Nawet bardzo.
Czy teraz powinienem zmienić zdanie o tej podłej instytucji, tylko dlatego, że stanęli w obronie Nergala, twierdząc, że artysta ma prawo szokować?
Nie. Bo nie wierzę, żeby Komisja Europejska stanęła w obronie artysty, który na scenie krzyknąłby, że „czarny ulepiony jest z gówna”. Byłaby wręcz oburzona rasizmem.
Uważam, że artysta ma prawo szokować (w granicach dobrego smaku). Ale niech UE nie wtrąca się w takie sprawy, bo swoją wybiórczością chronią tylko pewnych, ściśle określonych (anty)ideałów.

Komisja Europejska stanęła w obronie Adama „Nergala” Darskiego, który wedle polskiego Sądu Najwyższego obraził uczucia religijne wielu katolików, drąc na scenie koncertowej Behemtoha ich świętą księgę – Biblię. Na nic się zdają tłumaczenia, że było to widowisko artystyczne, niewiele warte są również tłumaczenia, że na koncert szli ludzie, którzy musieli liczyć się z takim, a nie innym zachowaniem lidera tej grupy death metalowej. W końcu taka jest tematyka tego rodzaju muzyki.

 
Lubię Behemotha. Nawet bardzo.

 
Nienawidzę Unii Europejskiej. Nawet bardzo.

 
Czy teraz powinienem zmienić zdanie o tej podłej instytucji, tylko dlatego, że stanęli w obronie Nergala, twierdząc, że artysta ma prawo szokować?

 
Nie. Bo nie wierzę, żeby Komisja Europejska stanęła w obronie artysty, który na scenie krzyknąłby, że „czarny ulepiony jest z gówna”. Byłaby wręcz oburzona rasizmem.

 
Uważam, że artysta ma prawo szokować (w granicach dobrego smaku). Ale niech UE nie wtrąca się w takie sprawy, bo swoją wybiórczością chronią tylko pewnych, ściśle określonych (anty)ideałów.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Kultura